No i dupa. Z nosa leci żółtozielone coś, głowa pęka, mięśnie bolą - grypa/katar/inne dziadostwo. Prezes namawiał mnie na Zdzieszowice - napaliłem się strasznie, ale wczoraj wieczorem czułem się fatalnie, a dziś jest apogeum. Podejrzewam, że gdybym pojechał, mogłoby się skończyć jakąś poważniejszą chorobą.
Siedzę na dupie, oglądam filmy Remika Cioka na Velonews.pl i "wirtualnie" ćwiczę technikę i umysł - "skoro on tak może, to ja też" :)
Z planów treningowych nici - jak się uda coś pokręcić w poniedziałek albo wtorek to będzie wielki sukces organizmu. Na razie skupiam się na dochodzeniu do zdrowia - szprycuję się rozmaitym świństwem przeciw-katarowym.
Łańcuch skrócony. Przy okazji wymieniłem kółeczka w przerzutce na nowe. Stare były już raz piłowane.
Udało się wyrwać "na godzinkę". Noga nie podawała. Źle się czuję (żona choruje, mi się chyba udziela). Trasa "milowicka" z małymi modyfikacjami (początek wokół Hubertusa). Podjazd 3 razy - objawy standardowe, więc tragedii nie ma.
W Zdzieszowicach powinny być w miarę krótkie i strome podjazdy. Do wyścigu 10 dni. Plan: Jutro dojazd do pracy - bez cudów - rano raczej tlen (regeneracja po dzisiejszym jeżdżeniu), po południu zobaczymy - też raczej spokojnie. W sobotę i później wielka niewiadoma - w zależności od pogody i samopoczucia. Symulacja wyścigu najpóźniej w poniedziałek (minimum 2h ostrej jazdy), późniejsze dni regeneracja.
Po wymianie haka przerzutki (kupiłem 2 ;) ) zmieniłem przy okazji łańcuch. Podczas skracania rozpieprzyłem skuwacz (firmowy prezent urodzinowy). Wózek okazał się skrzywiony - trochę powyginałem i jest ok. Żeby nie wkurwiać się (ciężko się operuje się kawałkiem skuwacza, kluczem francuskim i kombinerkami), łańcuch spiąłem bez skracania. W efekcie dało radę jechać potem tylko na blacie.
Trening ważniejszy. Udało się wyjść po 19. Z konieczności raczej płasko. Żeby wejść na tętno musiałem trochę mocniej się przyłożyć.
Rozpoczęło się sielankowo - udało mi się wyrwać na 1-2h jazdy. Zacząłem dosyć spokojnie. Na pierwszym stromym podjeździe zacząłem przerzucać na coraz niższe przełożenia i jeb! Urwałem przerzutkę. Hak złamany. Przerobiłem szybko na singlespeeda i powrót do domu. Jutro polowanie na nowy hak.
Po pracy źle mi się jeździło. Wciągnąłem obiad, tabletkę magnez+potas i trochę płynów i poszedłem pojeździć. Noga podawała aż miło. Pojechałem na pętlę mini-MTB do parku Tysiąclecia w Milowicach. Trasa mniej więcej taka: - singiel około 150-200 m (wąska ścieżka z dwoma "dziurami" po około 2m głębokości, między drzewami wzdłuż starego toru kolejowego) - ok 150 m po piaszczystej ścieżce - podjazd killer (tam zwykle wchodzi HrMax - dziś 184) (około 50-70 m o 20-25% nachylenia) - około 200m kawałek po szturze/betonowych płytach - około 100-150m do wyboru: -- albo w miarę prosta ścieżka z hopkami (nie trzeba skakać), na końcu 15m stromego zjazdu po kamieniach "kolejowych" wymieszanych z piachem -- albo kręty singiel (profilowane zakręty, hopki, dropy itp), na końcu 70cm drop z którego boję się skakać (pipa i tyle) w obawie o szprychy. -i od nowa ( w sumie jedzie się to 5-7 minut). Dziś zrobiłem tam 5 pętli - na podjeździe HR w okolicach 180, na reszcie trasy powyżej 150.
O 20:20 zrobiło się na tyle ciemno, że momentami nie widziałem gdzie dokładnie jadę. Później trochę kluczenia po parku, w którym jest Stadion Ludowy, następnie pętla wokół stawu Hubertus (2km) i zjazd do domu.
Średnia kadencja 74. Szybciej nie potrafię (w Murowanej było 77). Nie wiem czy ćwiczyć szybszą kadencję, czy skupić się już na treningu siłowo-wytrzymałościowym.
Wrażenia ogólne dobre - noga podawała, pojeździłbym jeszcze, gdyby nie zrobiło się ciemno (a małżonka czeka w domu).
Rocket Rony sprawują się poprawnie, cudów nie ma, ale tego oczekiwałem. Na jedynym zjeździe hamuje lepiej niż Oriflame ;) steruje się też dosyć dobrze. Jak to Schwalbe - już widać śladu zużycia.
Jutro odpoczynek, w niedzielę chyba też - ale postaram się wyrwać choć na godzinkę...
Trzymam kciuki za jadących jutro w Złotym Stoku - mi nie dane było jechać :(
Wczoraj do pracy - ogień w dupie, tętno prawie cały czas powyżej 165. Z pracy - podobnie, po drodze podjazd killer - wskoczyło 180. Później szybko do domu na obiad.
Dziś do pracy lenistwo pełne, tętno w okolicach 100-110. W pracy trochę nieprzyjemności - dopadła jakaś niestrawność. Trochę głupio wychodziło się co 1-2h do klopa podczas telekonferencji z klyentem ;) W drodze z pracy próbowałem trochę przycisnąć, ale zaraz odezwały się łydki i pierwsze sygnały nadchodzących kurczy. Ewidentne odwodnienie i demineralizacja organizmu. Trzeba uzupełnić piwem :) Po drodze podjazd killer*2 - a co... Nogi bolały, łydki rwały, ale dałem radę.
Do domu przez sklep. Nabyłem średniego Brunoxa i 2 opony druciane Schwalbe Rocket Ron za 55 zł sztuka.
Opony już założone z przeznaczeniem na zajeżdżenie podczas treningów. Na Maxxis Oriflame jeździ się fajnie, ale jednak wolę poćwiczyć teraz w trochę trudniejszych warunkach i na większych prędkościach - trochę więcej przyczepności się przyda. Przy okazji sprawdzi się, czy opony faktycznie takie dobre jak piszą.
Naftowa -> Hubertus -> Park Tysiąclecia w Milowicach (5 pętli z podjazdem killerem, singiel i ścieżka z hopkami) -> Hubertus -> Naftowa.
W parku jedną z pętli przejechałem dla odmiany inną trasą - przez "ścieżkę zjazdową". Szkoda, że mam hard-taila - ludzie odwalili kawał dobrej roboty. Ścieżki marzenie - w przyszłym tygodniu wezmę aparat i porobię trochę zdjęć.
Dzisiejszy trening upłynął pod znakiem wyciskania maksymalnego tętna. Powtórzenia bardzo intensywne (prawie HR max na końcu podjazdu), ale z dosyć długim czasem odpoczynku (starałem się trzymać nad tlenem). Na liczniku widziałem chwilami 182-183, ale nie zostało zarejestrowane. Chyba HRmax mi się przesunął w górę - przy 182 byłem w stanie jeszcze jakoś funkcjonować. Górka chyba za krótka i organizm jeszcze nie odmawiał. W sumie, to niedaleko mam do górki na Zagórzu (był tam stok narciarski). Podjazd jest konkretny i dosyć długi (chyba ze 100m). Ciekawe czy dam radę podjechać (i ile razy) :)
W przyszłym tygodniu święta - więc trening tylko we wtorek i może środę, a jak się uda i zdążę ze wszystkim, to może poniedziałek. Pogoda zapowiada się dobra i dzień coraz dłuższy - można kręcić pod wieczór.
Do pracy 6km w tempie średnio wysokim, ale bez szaleństw. Z pracy na początku leniwie, później na zapalenie płuc (około 10-15 minut). Tętno maksymalne/próg LT podniósł się ostatnio. Wcześniej przy 160-165 zaczynały palić uda i brakowało oddechy. Teraz zaczyna się to w okolicach 170. Jest dobrze. Trzeba kontynuować metodę, którą mi sprzedał Grzesiek - krótkie powtórzenia na maxHR (do odmowy) po 10-20 sekund, kilka razy.
Nie pamiętam nazwiska autora metody - jakiś Japończyk albo Chińczyk...
Z tego co widzę do Złotego Stoku też nie pojadę. Szkoda słów. Kur...
Team pojechał do Dolska. Ja jutro zasuwam do pracy. Z przyczyn "rodzinnych" nie mogłem jechać - a pierwszy raz w życiu załapałem się na sektor. Kur...
Jutro dojazd do pracy i z pracy - po drodze mam nadzieję zahaczyć o kilka znajomych ścieżek w okolicy - może starczy czasu na jakiś ciekawszy fragment.
Znalazłem jakieś 400m od domu zjazd praktycznie taki sam, jak tuż przed metą w Istebnej - trzeba poćwiczyć ;)
Tętno spoczynkowe niziutkie - około 45 - czyli organizm wypoczęty. Można zrobić trochę interwałów.
Avg speed: 20.84 Avg cad: 70 Czas na mecie: 03:23:00 328/496 open, 114/170 kategoria M3.
W porównaniu do poprzedniego sezonu (Dolsk 2010: 528/559 open, 163/172 kategoria) jest o wiele lepiej. Sprzęt prawie nie nawalał, kurczy nie było.
Początek wyścigu zadziwił mnie samego. Zazwyczaj jeżdżę z tętnem w okolicach 150-160, a przez pierwsze 10 km wyścigu tętno nie spadało poniżej 170. Trochę mnie to niepokoiło, ale nie czułem się źle, noga podawała, nie brakowało tchu. Co prawda robiłem za "jednoosobowy sapiący pociąg", ale tlenu wystarczało, mięśnie nawet przez chwilę nie paliły. Hiperwentylacja to jest to ;) W pewnym momencie poczułem, że zaczynam odpływać - czyli skończyło się porządne paliwo, zaczęło się "LPG" - trochę odpuściłem, poczekałem aż tętno spadnie do 155-160. Udało się utrzymać dosyć wysoką prędkość, która pozwoliła wyprzedzać kolejnych uczestników wyścigu.
W okolicach 15 km dogoniłem Oskara (pierwszy sukces), a za chwilę Olka (drugi sukces, którego nawet się nie spodziewałem). Noga podawała, jechałem swoje. Doganiałem kolejne "pociągi", stwierdzałem, że zbyt wolno jadą i wyprzedzałem.
Pierwszy bufet pominąłem - żele były, izotonik był. Zatrzymałem się na drugim bufecie. To był błąd. Niczego mi nie brakowało, a wyprzedził mnie Olek. Pogoniłem trochę za nim, ale uciekł mi na podjazdach.
Pierwszy podjazd na Dziewiczą udało się wjechać bez większych problemów, natomiast na drugim był kryzys. Najpierw musiałem się zatrzymać, bo brakło tlenu - dosłownie spadłem z roweru. Wjechałem może połowę podjazdu i poczułem, że słabnę. Złapałem oddech. Wyprzedziło mnie kilka (kilkanaście) osób - jedna z dziewczyn krzyknęła "Śląsk się nie poddaje". Zadziałało jak płachta na byka. Ambicja zrobiła swoje. Zebrałem się w sobie i pociągnąłem dalej. Niestety na kolejnym podjeździe na Dziewiczą pomyliłem przerzutki i wrzuciłem na największą z tyłu, w momencie kiedy miałem średnią z przodu - skończyło się wciągnięciem łańcucha i 2-3 minuty straty. Znów złapałem trochę oddechu. W sumie - 6-7 minut strat z powodu słabości i sprzętu.
Zjazd z Dziewiczej pominę milczeniem. Pipa. I tyle. Schodziłem.
Przed kuwetą błąd taktyczny - pojechałem w lewo. Widziałem kątem oka, że laskiem wyprzedza mnie spora grupa (tak na oko 10 osób). Wziąłem rower na plecy i przeleciałem do lasku. W tym momencie nastąpił ostry finisz - udało mi się wyprzedzić przed metą co najmniej 4 osoby z tej grupy.
Później był gulasz, regener i prawdziwy killer tego dnia - dojazd na nocleg. 7 km pod wiatr.
Waga 110 kg mówi sama za siebie.
Forma słaba, w porywach kiepska, sytuację ratują codzienne dojazdy do pracy. Niedostatki formy próbuję nadrabiać lepszym przygotowaniem technicznym do trudnych zjazdów.
Jeżdżę w barwach SCS OSOZ Racing Team.