Wyniki z pulsometru wcięło, dane ze SportChallenge.
Forma kiepska, infekcje dały znać o sobie, a pomimo tego o 30 minut lepszy czas niż w zeszłym roku. W sumie to wszyscy lepiej pojechali, więc nie wiem czy był postęp.
Trasa jak zwykle super, udało się zjechać o wiele więcej niż w zeszłym roku (m.in. cały zjazd na początku z końcówką przez strumień), z podjazdami też było lepiej.
Około 33-35 km nastąpiło totalne odcięcie. W pewnym momencie zauważyłem, że w ogóle nie kontroluję tego co robię. Przez chwilę podprowadzałem rower i nagle zorientowałem się, że jadę, pomimo tego, że planowałem podejść do końca...
Jakoś dowlokłem się do mety. Kilka kilometrów przed metą dołączył miejscowy dzieciak na marketowym fullu. Zjechał całą końcówkę, a ja tylko zastanawiałem się jak nie zaliczyć gleby próbując go naśladować. Ostatni zjazd z buta :(, a młody pokazał klasę...
Ostatni bufet fajny, ale za zimno. Neon o sugestywnym kształcie pokazywał 9-10 st C.
Tegoroczny wyścig w Krakowie, pomimo problemów i nastawienia, mogę zaliczyć do udanych. Rano, po przebudzeniu się, pierwszą myślą było "Nie chce mi się". Dojechaliśmy z żoną na 8 rano i poszliśmy trochę pozwiedzać. Na rynku kawa i rogal z czekoladą (chyba błąd, później trochę muliło). Z Lucyną i Maćkiem wymyśliliśmy, żeby stanąć na początku sektora, tak, aby jak najszybciej dojechać do pierwszego podjazdu (w zeszłym roku straciłem tam co najmniej 10-15 minut na stanie w korkach). Ludzi dużo. Tuż przed startem okazało się, że jesteśmy mniej więcej w połowie stawki. Start bardzo ostry, nie tylko nam zależało na urwaniu się do przodu. Dla mnie za ostry. Już przed zjazdem z trawy na Błoniach organizm krzyczał "Wolniej!" (palenie ud, zadyszka). Krzyk na ile się dało olałem, tam też HRmax. W zasadzie pierwsze 10-20 minut wyścigu to gonitwa w okolicach 170 HR (aż do podjazdu). Po drodze musiałem zwolnić - ktoś przewrócił się na asfalcie (chłopak i dziewczyna). Podjazd z buta. I tak się trochę przykorkowało - na szczęście niezbyt mocno. Zjazd szutrowy, bardzo szybko, kilka osób wyprzedziłem ("Prawa wolna!"). Dalej niewiele pamiętam, bufety olałem. W pewnym momencie zobaczyłem CzarnąMambę, jak robi coś przy rowerze. Sądziłem, że problemy z łańcuchem, więc zatrzymałem się i próbowałem pomóc. Okazało się, że dętka, a Mamba świetnie sobie sama poradzi. Straciłem 20-30 miejsc, ale nie było żal. Na drugim bufecie trochę zmyliłem trasę, pojechałem 20-30m w stronę trasy giga, na szczęście zaniepokoiła mnie czerwona strzałka... Po drodze jakieś zejścia i podejścia (nie dało rady jechać) dosyć błotniste. Wąwóz Kochanowski z buta, kusiło, żeby zjechać, ale rozsądek zwyciężył. Przed końcowymi zjazdami dogonił mnie ktoś z giga. Podpiąłem się i dałem ogień na zjazdach. Piękny flow. Lubię tak jeździć. Do końca zjazdu udało się dotrzymywać koła, ale na równym już sił brakło. Dowlokłem się do mety, karcher, makaron. Małżonka zabrała mnie jeszcze na pizzę i do domu ;)
Wyścig ciężki, dodatkowo pokonywany podczas choroby i na solidnym kacu. Początek wyścigu to bardzo spokojna jazda w tlenie i olewanie innych, wyprzedzających. Jazda pierwsza od wtorku, nie wiedziałem jak organizm zachowa się podczas wysiłku w czasie choroby (katar, syf spływający z zatok, 37stC). Alkohol przepalił się po około 30-40 minutach. Niestety pojawiła się też poalkoholowa deprecha - czyli "ten zjazd wolę zejść" oraz "może jednak się wycofać". Na szczęście przeszło pod koniec małej pętli.
Dużą pętlę przejeżdżałem jadąc już trochę szybciej - ale bez szaleństw. Tętno z poprzedniego 130-140 wzrosło na 140-160. Gdzieś tam na podjeździe (próbowałem pod nadajnik) musiałem mocniej przycisnąć, bo max wyszedł w okolicach 180. W oddali mignęły mi żółte koszulki OSOZ - to Maciek i Lucyna. Dogoniłem ich na przejeździe po drewnianym mostku. Chyba im podniosłem adrenalinę bo zaczęli uciekać ;)
Przez bufet przeleciałem bez zatrzymywania - Pszczółki zostały z tyłu. Lucyna jednak przycisnęła i po 10-20 minutach zostałem wyprzedzony. Dogoniłem ich znów na zjeździe "singlem" (na końcu agrafka i wykop). Jeden z moich ulubionych zjazdów - w zeszłym roku przestraszyłem tam Grześka, który później mówił "Słyszę z tyłu straszny hałas, myślałem, że to ktoś z giga mnie goni, a to Rafał". W tym roku podobnie - ale tym razem padło na Maćka. Trochę go pogoniłem tłumacząc, że za wolno jedzie na zjeździe, przez co ten staje się trudniejszy.
Niestety zaczął się podjazd. Małżonkowie dosyć szybko zniknęli z pola widzenia. Ja powoli piąłem się w górę. Wyprzedził mnie Krzysiek i Artur. Dawali dobre tempo - szkoda, że jechali osobno. Może wspierając się razem byliby w stanie więcej osiągnąć?
Na Wielką Sowę jakoś się dostałem, trochę jadąc, trochę idąc. Podjazd nie dla mnie. Strasznie nierówny, wybijający z rytmu.
Na początku zjazdu z Wielkiej Sowy wyprzedził mnie Śledź. Pojechał korzeniami i to był jego błąd. Pociągnąłem po kamieniach i udało mi się go wyprzedzić na dole. To jeden z niewielu sukcesów podczas tego wyścigu...
Zjazd z Małej Sowy tradycyjnie zszedłem. Próbowałem trochę jechać, ale jak dla mnie zbyt trudny zjazd. Szkoda zdrowia.
Od tego momentu zaczęła się walka o waty/kalorie. Skończyły się żele i batony, magnez wciągnąłem wcześniej, został gutar i tableta. Kofeiny nie chciałem brać ze względu na chorobę i podwyższone ciśnienie.
Tak jak podczas całego wyścigu nie zatrzymywałem się na bufetach - tak ostatni przywitałem jak zbawienie. Picie skończyło mi się jakieś 5-10 km wcześniej i zaczęło suszyć... Później statecznie do mety. Ostatni zjazd pokonałem bezpieczną metodą "na hulajnogę" - okazało się później, że innych ten zjazd pokonał. Dojechałem spokojnie do mety.
Na samej mecie spotkałem Krzysia i Marcina. Okazało się, że na wspomnianym zjeździe Marcin zaliczył glebę i złamał nos. Z tego co mówił Krzyś, to Marcin stracił naprawdę dużo krwi (tak na oko powyżej pół litra). Zapakowaliśmy Marcina do samochodu GOPR i zjechaliśmy do stadionu. Zabrakło regenera - nie przygotowałem sobie, to nie miałem.
Na stadionie makaron - żadne cuda, ale pulsometr pokazał ponad 6000 kcal - należało uzupełnić.
Niby 1100 m przewyższenia, a jechało się jak Murowaną Goślinę. Szerokie szutry, bardzo dużo blatu i średniej tarczy, cały czas ogień. Trasa nudna, praktycznie cały czas w lesie. Ostatni odcinek, szumnie nazwany "pętlą XC z mistrzostw Polski" przejechałem prawie go nie zauważając ;) Bufety również niezauważone - zanim skończyło się picie wjechałem na metę.
Po maratonie czuję się nieswojo. Z jednej strony trochę głupio - ani jednej gleby, czysty rower, zero problemów na trasie (gumy itp). Z drugie strony zmęczony - mięśnie bolą bardziej niż po niejednym maratonie u Golonki.
W skrócie. 1. Zapomniałem paska do pulsometru 2. Nie zmieniłem opon (debil!!!) 3. Przestraszyłem się deszczu i warunków
Tuż przed startem zmieniliśmy dystans Mega na Mini. To była dobra decyzja. Do mety udało się dotrzeć w całkiem niezłych warunkach, prawie na sucho. Trasa bardzo trudna, powiedziałbym, że najtrudniejsza jakie kiedykolwiek jechałem. Część zjazdów z buta. RocketRony to opony dobre na suche warunki. Na mokrym nie trzymały przyczepności. Gleby udało się uniknąć przez bardzo zachowawczą jazdę.
Czas 1:40 dał 50 miejsce na 93. Nie ma się z kim porównywać. Ze znajomych z Mega, co do których formy jestem pewien, Mini jechała Ewa Misiaczek. Udało się ją objechać - co na Mega jest dosyć trudne (nie zawsze mi się udaje).
Zniszczeń w sprzęcie chyba brak, samopoczucie fizyczne całkiem znośne. Pozostał żal po błędnych decyzjach (opony, zmiana dystansu).
Poprzedni wpis wziął i znikł. Pisałem długo i dokładnie, ale się nie zapisało.
W skrócie: 1. Było ciężko, mokro, zimno i ślisko. 2. Noga nie podawała. 3. Źle się czułem - nie do końca wyleczony po infekcji. Coś zostało i nie pozwalało jechać.
Tętno śmieszne. Średnio 142. Max 180. Sprzęt ok, poza przerzutkami. Pod koniec działały dosyć losowo. Czasem dawało się przerzucić, czasem nie. Na przyszłość - brać jakiś olej. Opony dawały radę. Na tylnej widać ślady zużycia. Kilka klocków naderwanych. Pora na nową. Przód w porządku. Nowe klocki były dobrą inwestycją - zostało tak z 50%. Amortyzator do serwisu - po Krynicy. Jakoś to będzie.
Wynik 391/468. Tak sobie, lepiej niż w zeszłym roku, gdy miałem problemy z opuszczeniem ostatniej dziesiątki. W ogóle to cały team jeździ coraz lepiej. O to chodzi ;)
385 142 M3 108 Tomasz Włodarski 1977 SCS OSOZ Racing Team 05:33:15 01:48:21(400) 02:48:07 386 12 M1 231 Mateusz Mardyła 1993 Kraków 05:33:19 01:44:17(372) 02:48:11 387 11 M6 1056 ANDRZEJ KARMOWSKI 1956 Poznań 05:33:31 01:44:46(378) 02:48:23 388 143 M3 109 Krzysztof Tomżyński 1976 SCS OSOZ Racing Team 05:33:49 01:45:37(382) 02:48:41 389 128 M2 318 Tomasz Juszczyk 1981 Kraków 05:35:01 01:49:39(409) 02:49:53 390 129 M2 374 Andrzej Aksak 1987 Rząska 05:35:49 01:45:18(379) 02:50:41 391 144 M3 115 Rafał Praniuk 1979 SCS OSOZ Racing Team 05:36:37 01:52:45(430) 02:51:29
---edit--- wyniki z 2011-05-19
384 142 M3 108 Tomasz Włodarski 1977 SCS OSOZ Racing Team 05:33:15 01:48:21(400) 02:48:07 385 12 M1 231 Mateusz Mardyła 1993 Kraków 05:33:19 01:44:17(372) 02:48:11 386 11 M6 1056 ANDRZEJ KARMOWSKI 1956 Poznań 05:33:31 01:44:46(378) 02:48:23 387 143 M3 109 Krzysztof Tomżyński 1976 SCS OSOZ Racing Team 05:33:49 01:45:37(382) 02:48:41 388 128 M2 318 Tomasz Juszczyk 1981 Kraków 05:35:01 01:49:39(409) 02:49:53 389 129 M2 374 Andrzej Aksak 1987 Rząska 05:35:49 01:45:18(379) 02:50:41 390 144 M3 115 Rafał Praniuk 1979 SCS OSOZ Racing Team 05:36:37 01:52:45(430) 02:51:29
Avg speed: 20.84 Avg cad: 70 Czas na mecie: 03:23:00 328/496 open, 114/170 kategoria M3.
W porównaniu do poprzedniego sezonu (Dolsk 2010: 528/559 open, 163/172 kategoria) jest o wiele lepiej. Sprzęt prawie nie nawalał, kurczy nie było.
Początek wyścigu zadziwił mnie samego. Zazwyczaj jeżdżę z tętnem w okolicach 150-160, a przez pierwsze 10 km wyścigu tętno nie spadało poniżej 170. Trochę mnie to niepokoiło, ale nie czułem się źle, noga podawała, nie brakowało tchu. Co prawda robiłem za "jednoosobowy sapiący pociąg", ale tlenu wystarczało, mięśnie nawet przez chwilę nie paliły. Hiperwentylacja to jest to ;) W pewnym momencie poczułem, że zaczynam odpływać - czyli skończyło się porządne paliwo, zaczęło się "LPG" - trochę odpuściłem, poczekałem aż tętno spadnie do 155-160. Udało się utrzymać dosyć wysoką prędkość, która pozwoliła wyprzedzać kolejnych uczestników wyścigu.
W okolicach 15 km dogoniłem Oskara (pierwszy sukces), a za chwilę Olka (drugi sukces, którego nawet się nie spodziewałem). Noga podawała, jechałem swoje. Doganiałem kolejne "pociągi", stwierdzałem, że zbyt wolno jadą i wyprzedzałem.
Pierwszy bufet pominąłem - żele były, izotonik był. Zatrzymałem się na drugim bufecie. To był błąd. Niczego mi nie brakowało, a wyprzedził mnie Olek. Pogoniłem trochę za nim, ale uciekł mi na podjazdach.
Pierwszy podjazd na Dziewiczą udało się wjechać bez większych problemów, natomiast na drugim był kryzys. Najpierw musiałem się zatrzymać, bo brakło tlenu - dosłownie spadłem z roweru. Wjechałem może połowę podjazdu i poczułem, że słabnę. Złapałem oddech. Wyprzedziło mnie kilka (kilkanaście) osób - jedna z dziewczyn krzyknęła "Śląsk się nie poddaje". Zadziałało jak płachta na byka. Ambicja zrobiła swoje. Zebrałem się w sobie i pociągnąłem dalej. Niestety na kolejnym podjeździe na Dziewiczą pomyliłem przerzutki i wrzuciłem na największą z tyłu, w momencie kiedy miałem średnią z przodu - skończyło się wciągnięciem łańcucha i 2-3 minuty straty. Znów złapałem trochę oddechu. W sumie - 6-7 minut strat z powodu słabości i sprzętu.
Zjazd z Dziewiczej pominę milczeniem. Pipa. I tyle. Schodziłem.
Przed kuwetą błąd taktyczny - pojechałem w lewo. Widziałem kątem oka, że laskiem wyprzedza mnie spora grupa (tak na oko 10 osób). Wziąłem rower na plecy i przeleciałem do lasku. W tym momencie nastąpił ostry finisz - udało mi się wyprzedzić przed metą co najmniej 4 osoby z tej grupy.
Później był gulasz, regener i prawdziwy killer tego dnia - dojazd na nocleg. 7 km pod wiatr.
MTB Marathon Kraków 2010... Nastawiłem się mentalnie na dosyć łatwy przejazd, prawie treningowy - coś w stylu "szybkie Lędziny + hałda".
Pogoda zmieniła jednak oblicze wyścigu diametralnie. Lało już dzień wcześniej, a w dniu wyścigu od samego rana - z krótkimi przerwami. Podczas rozmów ze Śledziem zastanawialiśmy się nad doborem ogumienia - sugerowałem slicki (mam Maxxis Oriflame), albo "solidny protektor" (Specialized Storm 2bliss) - w zależności od pogody. W piątek o 16 szybko zmieniałem na Spece... Śledź postawił wszystko na jedną kartę i wybrał slicki - co pozwoliło mi na, chyba jedyne w tym roku, wyprzedzenie Śledzia na trasie - z czego jestem niesamowicie dumny :D Co prawda udało mi się utrzymać prowadzenie tylko przez chwilę, ale jednak.
Wyścig dosyć łatwy technicznie, podstawową trudność sprawiała pogoda i ogromne ilości błota. Zjazdy praktycznie wszystkie zjechałem (oprócz jednego czy dwóch w lesie, po ściółce, spod której wystawała glina - strasznie ślisko, dookoła pnie drzew). Podjazdy zdarzało się wprowadzać - głównie z powodu braku formy/siły, ale trafiały się podjazdy, gdzie kółko kręciło się w miejscu i nie dało się jechać.
Po drodze zdarzyły się 2 gumy. Pierwsza na jednym z pierwszych poważnych zjazdów. Dałem czadu, puściłem klamki i pędząc złapałem podstępnego snakebita na dętce downhillowej - 600g, gruba ścianka, 4,5 bar (wyprzedziłem na samym zjeździe około 10-12 osób). Byłem tak wściekły, że zakładając nową dętkę (standard, 250g) nie napompowałem odpowiednio (wbiłem tylko 2,5 - 3 bar). W efekcie po 300-400 metrach kolejny snake, ciśnienie spadło do około 1,5-2 barów. Zjechałem na tak niskim ciśnieniu (wzdłuż ogródków działkowych), aż do asfaltu. Po drodze tył tańczył okrutnie, nie było mowy o jakiejkolwiek przyczepności. Wymieniłem kolejną dętkę. Tym razem na spokojnie, akurat obok płynął jakiś ściek/rzeczka/rów, więc umyłem koło, oponę i dętkę. Nabiłem do 3,5 bar. W sumie około 15-20 minut w dupę, ci, których wyprzedziłem na zjazdach uciekli. Na szczęście przy okazji naładował się glikogen ;), więc z nowym ładunkiem sił przystąpiłem do ścigania. Po 7 km wyprzedziłem wszystkich, którzy mi uciekli po gumie, a potem zabrałem się za pozostałych... O dziwo szło mi dosyć dobrze. Noga podawała, żele działały. Udało się dogonić gościa z DHL - goniłem go przynajmniej 5 km. Ciągle widziałem go na horyzoncie, ale nie mogłem dogonić. Jednak w końcu udało się. Później były kolejne cele - kolejni zawodnicy na horyzoncie... Z ciewkawych zdarzeń - prawie rozjechałem fotografa (sportograf) na jednym z ostatnich zjazdów. Postanowiłem sobie, że zjadę co się da, albo zaliczę glebę. W efekcie - zjechałem rzeczy, o które sam bym się nie podejrzewał :D Jednak najważniejsza jest psychika...
Pierwszy bufet darowałem sobie - nie było sensu, w bidonie 0,75 litra napoju, drugi - zapasowy - pełny. Drugi bufet - około 1 minuty - mycie przerzutek, dwie garście rodzynek i kubek wody. Trzeci bufet - około 2-3 minut - mycie przerzutek, rodzynki, ciastka, 2 kubki powerade i gutar.
Gdzieś na 45 km pojawiły się delikatne sygnały kurczy - wziąłem magnezlife i przeszło.
Wynik dosyć dobry, prawie udało mi się wyprzedzić Oskara - co byłoby nie lada wyczynem.
Czas wg organ: 5:20:14, wg licznika 4:54:48, Dystans wg orga: 65 km, wg licznika 75 km.
Licznik ustawiony na oponę 2.1, a była 1.8 - więc dystans rzeczywisty 65 km - zgadza się idealnie. Z licznika wyszło, że 30 minut przebimbałem, ale pojawiły się też wpisy o kadencji średniej, co raczej nie jest możliwe - nie mam czujnika. Widocznie wszechobecna woda zrobiła swoje - było jakieś zwarcie i źle policzyło.
Waga 110 kg mówi sama za siebie.
Forma słaba, w porywach kiepska, sytuację ratują codzienne dojazdy do pracy. Niedostatki formy próbuję nadrabiać lepszym przygotowaniem technicznym do trudnych zjazdów.
Jeżdżę w barwach SCS OSOZ Racing Team.