Kraków
Niedziela, 28 sierpnia 2011
· Komentarze(0)
Kategoria Wyścig
Tegoroczny wyścig w Krakowie, pomimo problemów i nastawienia, mogę zaliczyć do udanych.
Rano, po przebudzeniu się, pierwszą myślą było "Nie chce mi się". Dojechaliśmy z żoną na 8 rano i poszliśmy trochę pozwiedzać. Na rynku kawa i rogal z czekoladą (chyba błąd, później trochę muliło).
Z Lucyną i Maćkiem wymyśliliśmy, żeby stanąć na początku sektora, tak, aby jak najszybciej dojechać do pierwszego podjazdu (w zeszłym roku straciłem tam co najmniej 10-15 minut na stanie w korkach).
Ludzi dużo. Tuż przed startem okazało się, że jesteśmy mniej więcej w połowie stawki.
Start bardzo ostry, nie tylko nam zależało na urwaniu się do przodu.
Dla mnie za ostry. Już przed zjazdem z trawy na Błoniach organizm krzyczał "Wolniej!" (palenie ud, zadyszka). Krzyk na ile się dało olałem, tam też HRmax. W zasadzie pierwsze 10-20 minut wyścigu to gonitwa w okolicach 170 HR (aż do podjazdu). Po drodze musiałem zwolnić - ktoś przewrócił się na asfalcie (chłopak i dziewczyna).
Podjazd z buta. I tak się trochę przykorkowało - na szczęście niezbyt mocno.
Zjazd szutrowy, bardzo szybko, kilka osób wyprzedziłem ("Prawa wolna!").
Dalej niewiele pamiętam, bufety olałem.
W pewnym momencie zobaczyłem CzarnąMambę, jak robi coś przy rowerze. Sądziłem, że problemy z łańcuchem, więc zatrzymałem się i próbowałem pomóc. Okazało się, że dętka, a Mamba świetnie sobie sama poradzi. Straciłem 20-30 miejsc, ale nie było żal.
Na drugim bufecie trochę zmyliłem trasę, pojechałem 20-30m w stronę trasy giga, na szczęście zaniepokoiła mnie czerwona strzałka...
Po drodze jakieś zejścia i podejścia (nie dało rady jechać) dosyć błotniste.
Wąwóz Kochanowski z buta, kusiło, żeby zjechać, ale rozsądek zwyciężył.
Przed końcowymi zjazdami dogonił mnie ktoś z giga. Podpiąłem się i dałem ogień na zjazdach. Piękny flow. Lubię tak jeździć. Do końca zjazdu udało się dotrzymywać koła, ale na równym już sił brakło.
Dowlokłem się do mety, karcher, makaron. Małżonka zabrała mnie jeszcze na pizzę i do domu ;)
Rano, po przebudzeniu się, pierwszą myślą było "Nie chce mi się". Dojechaliśmy z żoną na 8 rano i poszliśmy trochę pozwiedzać. Na rynku kawa i rogal z czekoladą (chyba błąd, później trochę muliło).
Z Lucyną i Maćkiem wymyśliliśmy, żeby stanąć na początku sektora, tak, aby jak najszybciej dojechać do pierwszego podjazdu (w zeszłym roku straciłem tam co najmniej 10-15 minut na stanie w korkach).
Ludzi dużo. Tuż przed startem okazało się, że jesteśmy mniej więcej w połowie stawki.
Start bardzo ostry, nie tylko nam zależało na urwaniu się do przodu.
Dla mnie za ostry. Już przed zjazdem z trawy na Błoniach organizm krzyczał "Wolniej!" (palenie ud, zadyszka). Krzyk na ile się dało olałem, tam też HRmax. W zasadzie pierwsze 10-20 minut wyścigu to gonitwa w okolicach 170 HR (aż do podjazdu). Po drodze musiałem zwolnić - ktoś przewrócił się na asfalcie (chłopak i dziewczyna).
Podjazd z buta. I tak się trochę przykorkowało - na szczęście niezbyt mocno.
Zjazd szutrowy, bardzo szybko, kilka osób wyprzedziłem ("Prawa wolna!").
Dalej niewiele pamiętam, bufety olałem.
W pewnym momencie zobaczyłem CzarnąMambę, jak robi coś przy rowerze. Sądziłem, że problemy z łańcuchem, więc zatrzymałem się i próbowałem pomóc. Okazało się, że dętka, a Mamba świetnie sobie sama poradzi. Straciłem 20-30 miejsc, ale nie było żal.
Na drugim bufecie trochę zmyliłem trasę, pojechałem 20-30m w stronę trasy giga, na szczęście zaniepokoiła mnie czerwona strzałka...
Po drodze jakieś zejścia i podejścia (nie dało rady jechać) dosyć błotniste.
Wąwóz Kochanowski z buta, kusiło, żeby zjechać, ale rozsądek zwyciężył.
Przed końcowymi zjazdami dogonił mnie ktoś z giga. Podpiąłem się i dałem ogień na zjazdach. Piękny flow. Lubię tak jeździć. Do końca zjazdu udało się dotrzymywać koła, ale na równym już sił brakło.
Dowlokłem się do mety, karcher, makaron. Małżonka zabrała mnie jeszcze na pizzę i do domu ;)

