Żona poleciała na fitness, to się udało urwać ;) Przeczekałem burzę, wyszedłem tuż po deszczu.
Póki jeszcze widno - po lasku - ubity szuter, trochę ubitej ziemi, kilka podjazdów "30%/70m". Później dookoła stawów. Pod koniec, w oczekiwaniu na telefon od małżonki, po asfalcie w okolicach stadionu Ludowego.
Niby 1100 m przewyższenia, a jechało się jak Murowaną Goślinę. Szerokie szutry, bardzo dużo blatu i średniej tarczy, cały czas ogień. Trasa nudna, praktycznie cały czas w lesie. Ostatni odcinek, szumnie nazwany "pętlą XC z mistrzostw Polski" przejechałem prawie go nie zauważając ;) Bufety również niezauważone - zanim skończyło się picie wjechałem na metę.
Po maratonie czuję się nieswojo. Z jednej strony trochę głupio - ani jednej gleby, czysty rower, zero problemów na trasie (gumy itp). Z drugie strony zmęczony - mięśnie bolą bardziej niż po niejednym maratonie u Golonki.
Trochę jeżdżenia po okolicy. Pora późna (20-21), więc trochę bardziej płasko. Ostatnio odczuwam niechęć do zjazdów. To co normalnie bez nadmiernego hamowania dotychczas zjeżdżałem bez problemów, teraz zaczyna sprawiać problemy. Psychika zjazdowca coś nawala :)
Godzinne pitu-pitu po obiedzie po znajomych okolicach. Trochę odmiany - na zazwyczaj suchych ścieżkach pojawiło się błoto (czarnoziem, piach) i kałuże. Noga nie podawała, nie potrafiłem się wbić powyżej 140-145HR. Próbowałem na stojąco - nogi odmawiały posłuszeństwa. Z niższą kadencją - odzywały się kolana. Ogólnie chujnia z grzybnią. Na szczęście patent z podjazdem-killerem nie zawiódł - dobiłem do 179. Akurat trafił się inny rowerzysta próbujący podjeżdżać - odpadł w połowie ;) Zadowolony z siebie kręciłem dalej, ale na jakimś kamieniu rower podskoczył, a łańcuch spadł. Dobiegłem do szczytu - żeby tylko tętno nie spadło...
Krótki zjazd "kamienno-piaskowy" zmienił się trochę. Środkiem wymyło trochę, pojawiły się gałęzie i zrobił się znany "przerzutko-łamacz". Zrobiłem 2 czy 3 pętle, zjechałem "na downhilowo" bez zbędnego hamowania.
Do pracy dosyć szybko, ale w tlenie. Z pracy pełny ogień. Przeleciałem trasą "przez groblę". Błoto było wszędzie. Na szczęście tym razem tylko błoto ;)
Po obiedzie chwila odpoczynku i znów na rower. Udało się pojeździć tylko 50 minut. Trasa zwykła: Hubertus, podjazd po szutrze, kostka brukowa, przez tory tramwajowe do Stadionu Ludowego. Później park Tysiąclecia w Milowicach, trochę pokluczyłem, ale zaczęło się błyskać. Wróciłem pod stadion, zrobiłem kilka kółek i natura wezwała do domu.
Sprzęt sprawuje się poprawnie.
Lewe kolano boli. Niestety boli mniej lub bardziej od dłuższego czasu :( Trzeba zwiększyć kadencję, zmniejszyć obciążenie i sprawdzić klocki.
Waga 110 kg mówi sama za siebie.
Forma słaba, w porywach kiepska, sytuację ratują codzienne dojazdy do pracy. Niedostatki formy próbuję nadrabiać lepszym przygotowaniem technicznym do trudnych zjazdów.
Jeżdżę w barwach SCS OSOZ Racing Team.