Rano tak sobie, ubrałem się na krótko, ale trochę piździło (16-17 stC). W pracy telefon od żony, że sąsiad nas zalał. Powrót wcześniej - najkrótszą możliwą trasą, ale bez szaleństw.
Samopoczucie tragiczne - po tabletkach przeciwgrzybiczych. Takie uroki żony w ciąży. Infekcja jakiej bym nawet normalnie nie zauważył teraz wymaga leczenia. Na szczęście kuracja uderzeniowa - jutro powinno być już wszystko w normie.
To był mniej przyjemny fragment dnia.
Po opanowaniu sytuacji w domu pojechałem do sklepu w celu nabycia opony na błoto i torby "pod ramę". W trakcie zakupów zauważyłem, że mają Kind Shock'a. 659 zł. Biorę! Zamontowany, z manetką, działa!
Kupiłem również: Maxxis Wet Scream 2.2 - na tył, w razie gdyby w Krynicy było błotniście. Torbę pod ramę - trójkąt. Będzie na żelki, pompkę i inne pierdoły, które walały mi się po kieszeniach i przeszkadzały.
Kółeczka wymieniłem - faktycznie były założone na odwrót. Jutro wcześnie rano do pracy - po drodze będzie regulacja. Przy okazji wyczyściłem dokładnie łańcuch i skróciłem o jedno ogniwo.
Rower w stanie prawie idealnym, ale: - prawa klamka ugina trochę za blisko kierownicy - tak jakby było mniej oleju. - przednie koło ma luzy (łożyska do wymiany) - tylne koło delikatnie rozcentrowane - ale nie ruszam, żeby bardziej nie popsuć.
Po Krynicy szykuje się dłuższa sesja u mechanika...
Praca - Park Tysiąclecia w S-cu, okolice stawu Hubertus. Kilka pętli w różnych wariacjach. Po 25 km miałem już kończyć, ale okazało się, że żona "przecież mi mówiła, że idzie dziś do fryzjera", więc dojeździłem do 2 godzin.
Noga podaje aż miło, chce się jechać, moc jest. Trochę ciepło, ale trzeba się zaaklimatyzować. Najprościej zrzucić kilka(naście) kilo - i będzie łatwiej jeździć ;)
Jutro popijawa firmowa, więc z treningu nici, w sobotę pewnie też. W niedzielę jak się wszystko poukłada zgodnie z planem, to może z 1-2h uda się wyrwać.
Na przyszły tydzień planów szczegółowych brak. Na początku tygodnia jakiś jeden mocniejszy trening (co najmniej 160 avg HR przez godzinę) , później już luz (max 130 HR). W przyszłą sobotę (2011-05-28) Krynica. Greg mnie dziś pocieszył "Śledziowi nie udało się jeszcze tego wyścigu ukończyć".
Sądzę jednak, że będzie dobrze. "Geronimo!!!" i do przodu :)
Wczoraj do pracy - ogień w dupie, tętno prawie cały czas powyżej 165. Z pracy - podobnie, po drodze podjazd killer - wskoczyło 180. Później szybko do domu na obiad.
Dziś do pracy lenistwo pełne, tętno w okolicach 100-110. W pracy trochę nieprzyjemności - dopadła jakaś niestrawność. Trochę głupio wychodziło się co 1-2h do klopa podczas telekonferencji z klyentem ;) W drodze z pracy próbowałem trochę przycisnąć, ale zaraz odezwały się łydki i pierwsze sygnały nadchodzących kurczy. Ewidentne odwodnienie i demineralizacja organizmu. Trzeba uzupełnić piwem :) Po drodze podjazd killer*2 - a co... Nogi bolały, łydki rwały, ale dałem radę.
Do domu przez sklep. Nabyłem średniego Brunoxa i 2 opony druciane Schwalbe Rocket Ron za 55 zł sztuka.
Opony już założone z przeznaczeniem na zajeżdżenie podczas treningów. Na Maxxis Oriflame jeździ się fajnie, ale jednak wolę poćwiczyć teraz w trochę trudniejszych warunkach i na większych prędkościach - trochę więcej przyczepności się przyda. Przy okazji sprawdzi się, czy opony faktycznie takie dobre jak piszą.
Do pracy 6km w tempie średnio wysokim, ale bez szaleństw. Z pracy na początku leniwie, później na zapalenie płuc (około 10-15 minut). Tętno maksymalne/próg LT podniósł się ostatnio. Wcześniej przy 160-165 zaczynały palić uda i brakowało oddechy. Teraz zaczyna się to w okolicach 170. Jest dobrze. Trzeba kontynuować metodę, którą mi sprzedał Grzesiek - krótkie powtórzenia na maxHR (do odmowy) po 10-20 sekund, kilka razy.
Nie pamiętam nazwiska autora metody - jakiś Japończyk albo Chińczyk...
Z tego co widzę do Złotego Stoku też nie pojadę. Szkoda słów. Kur...
Waga 110 kg mówi sama za siebie.
Forma słaba, w porywach kiepska, sytuację ratują codzienne dojazdy do pracy. Niedostatki formy próbuję nadrabiać lepszym przygotowaniem technicznym do trudnych zjazdów.
Jeżdżę w barwach SCS OSOZ Racing Team.