Hi zone: 0:18 164 avg HR Med zone: 1:13 147 avg HR Lo zone: 0:11 105 avg HR HRmax: 173 HRmin: 76
Sprzęt: Rower poskładany już na Murowaną, przyzwyczajam się. Recon, Maxxis Oriflame i się jedzie.
Przed obiadem powrót z pracy przez park Tysiąclecia, tam singiel, podjazd, trasa z hopkami, zjazd po kamieniach wymieszanych z piachem, trochę po ścieżkach rowerowych i zjazd na obiad.
Po obiedzie 3,5 kółka dookoła Hubertusa, droga szutrowo-trawiasto-polna. Kilka fajnych, ale krótkich zjazdów, między innymi w poprzek torów kolejowych oraz 15 metrowy zjazd o nachyleniu 40-45 stopni na końcu którego należy wejść w ciasny zakręt między dużymi kamieniami. Psychika wytrzymała, były komary w zębach ;) Gdy się ściemniło kilka kółek po asfalcie - wysoki tlen w okolicach 160HR.
Rano - byle się nie spocić - niski tlen po asfalcie - trasa przez Borki i Korczaka, tętno nie skoczyło powyżej 130. Po południu - wysoki tlen w okolicach 140-155, przejazd przez Monte Cassino, bardzo upierdliwe błoto na łące (oby tak nie było w Murowanej), Techników, Roździeńskiego, Borki, park, dom. W parku chwila zapomnienia spowodowana koniecznością wyładowania stresów z pracy i tętno poszybowało na chwilę powyżej 175 - nie wliczam w trening, sądzę, że nie miało wpływu...
Jakoś nie chce mi się montować licznika i dobrze mi z tym. Jeżdżę na tętno i "chce mi się to jeszcze pojeżdżę" (o ile żona nie czeka ;) ) - prędkościami i odległościami będę się przejmował później. Na razie staram się nie przeszarżować, pilnuję tętna, dobrze się odżywiam itd itp. 2011-04-10 wyjazd do Murowanej Gośliny, dystans mega. Plany jak na razie są proste. Dojechać, nie złapać gumy. Jeśli serducho pozwoli, a organizm będzie reagował na "sok z gumijagów" jak w zeszłym roku, to może uda się przepchnąć gdzieś w połowę stawki.
W zeszłym roku w Dolsku (mega) do połowy dystansu ciągnąłem w okolicach połowy stawki, na 30-35 km noga świetnie podawała, nawet udawało mi się wyprzedzać niektórych ludzi, ale nadszedł kryzys, jakiego nie miałem nigdy wcześniej. Kurcze!
Trzeba sobie wbić do tępego łba: 1. Magnez 2. Potas 3. Solidne nawodnienie przed i w trakcie 4. Ustawienia siodełka - jeśli którykolwiek punkt pominę - będzie źle...
Do pracy w tempie ślimaczym, tętno 120 - 130, przez ul. Korczaka. Z pracy przez Boh. Monte Cassino, mini zjazd, Techników, Roździeńskiego, Borki, odbicie na Park Tysiąclecia w Milowicach, przejazd 200m po starej trasie kolejowej (wytrząsło porządnie, ale ten element też trzeba ćwiczyć - sterowanie na luźnych kamieniach), później podjazd killer - dziś już bardziej łaskawy - na szczycie "tylko" 165 HR. Ulubiona ścieżka "przełajowa" tonie w błocie - zazwyczaj twarda i ubita ziemia, dziś była nasiąknięta i zasysała oponę do 4-6 cm wgłąb.
Opony: CST i Minion - czyli oponki do DH używane do treningu - takie sobie sterowanie, duże opory toczenia i całkiem niezła przyczepność "na wprost".
Chyba źle przykręciłem przednią przerzutkę - wydaje mi się, że "patrzy" nieco w lewo - trzeba skorygować.
Coraz bardziej wkurza mnie skrzypienie sztycy - trzeba posmarować i porządnie zacisnąć. Udało się dobrać w miarę dobrą wysokość i kąt nachylenia. Po godzinie jazdy plecy nie bolą, nogi nie dokuczają - czyli tak jak powinno być. Trzeba jeszcze z tymi ustawieniami pojeździć trochę "na zapiek" - wtedy okaże się, czy faktycznie jest dobrze.
Nie wiem, czy to możliwe, ale nie obserwuję już zeszłorocznej blokady psychicznej przed zjazdami. Mam nadzieję, że syndrom "przecież dam radę" nie minie i ciągle będę się cieszył swobodnym spadaniem po zboczu jak dziecko ;)
Z pracy, przez park milowicki (kilka ciekawych błotnistych kawałków po burzy) i osiedle milowickie (krótki, z dużą ilością poprzecznych korzeni, stromy podjazd). Później szybki zjazd szutrem (wąsko, między drzewami, bardzo wymyta ścieżka) i dojazd do domu.
Dosyć szybki przejazd do Lędzin, dojechałem do końca Zamkowej i stwierdziłem, że dalej nie ma sensu.
Droga powrotna... Tuż po przejechaniu asfaltem nad autostradą stwierdziłem, że można by się zatrzymać. W momencie, gdy zacząłem hamować, poczułem, że przednia opona mięknie. Zdjąłem oponę, usunąłem przyczynę (mikroskopijny kawałek szkła), założyłem nową dętkę, pompuję i nic... pompuję i nic... Tuż przy wentylu mikroskopijna dziurka - musiała powstać podczas przechowywania dętki w szafce (maxxis ultralight luzem). Wyjąłem dętkę i stwierdziłem, że można jechać z samą oponą.
Z miłej przejażdżki po szutrze zrobił się epicki przejazd pt. "Jak długo utrzymam kierownicę". Po 2 km włożyłem obydwie dętki (z jednej wyciąłem wentyl). Komfort jazdy nieco wzrósł.
Kolejne 27 km przejechałem z kapciem na przednim kole. Opory znacząco wzrosły... Dało się jechać max 20-25 km/h. Na zjazdach momentami 30 km/h. Czułem się jak podczas pierwszego podjazdu w Szczawnicy.
Zamiast treningu po płaskim zrobił się symulowany "leśny podjazd" o długości 30 km.
Waga 110 kg mówi sama za siebie.
Forma słaba, w porywach kiepska, sytuację ratują codzienne dojazdy do pracy. Niedostatki formy próbuję nadrabiać lepszym przygotowaniem technicznym do trudnych zjazdów.
Jeżdżę w barwach SCS OSOZ Racing Team.