Wpisy archiwalne w miesiącu

Sierpień, 2010

Dystans całkowity:135.00 km (w terenie 130.00 km; 96.30%)
Czas w ruchu:12:44
Średnia prędkość:10.60 km/h
Maksymalna prędkość:53.00 km/h
Suma podjazdów:3000 m
Liczba aktywności:2
Średnio na aktywność:67.50 km i 6h 22m
Więcej statystyk

Kraków

Niedziela, 29 sierpnia 2010 · Komentarze(0)
Kategoria Wyścig
MTB Marathon Kraków 2010...
Nastawiłem się mentalnie na dosyć łatwy przejazd, prawie treningowy - coś w stylu "szybkie Lędziny + hałda".

Pogoda zmieniła jednak oblicze wyścigu diametralnie.
Lało już dzień wcześniej, a w dniu wyścigu od samego rana - z krótkimi przerwami.
Podczas rozmów ze Śledziem zastanawialiśmy się nad doborem ogumienia - sugerowałem slicki (mam Maxxis Oriflame), albo "solidny protektor" (Specialized Storm 2bliss) - w zależności od pogody.
W piątek o 16 szybko zmieniałem na Spece...
Śledź postawił wszystko na jedną kartę i wybrał slicki - co pozwoliło mi na, chyba jedyne w tym roku, wyprzedzenie Śledzia na trasie - z czego jestem niesamowicie dumny :D
Co prawda udało mi się utrzymać prowadzenie tylko przez chwilę, ale jednak.

Wyścig dosyć łatwy technicznie, podstawową trudność sprawiała pogoda i ogromne ilości błota. Zjazdy praktycznie wszystkie zjechałem (oprócz jednego czy dwóch w lesie, po ściółce, spod której wystawała glina - strasznie ślisko, dookoła pnie drzew). Podjazdy zdarzało się wprowadzać - głównie z powodu braku formy/siły, ale trafiały się podjazdy, gdzie kółko kręciło się w miejscu i nie dało się jechać.

Po drodze zdarzyły się 2 gumy.
Pierwsza na jednym z pierwszych poważnych zjazdów. Dałem czadu, puściłem klamki i pędząc złapałem podstępnego snakebita na dętce downhillowej - 600g, gruba ścianka, 4,5 bar (wyprzedziłem na samym zjeździe około 10-12 osób).
Byłem tak wściekły, że zakładając nową dętkę (standard, 250g) nie napompowałem odpowiednio (wbiłem tylko 2,5 - 3 bar).
W efekcie po 300-400 metrach kolejny snake, ciśnienie spadło do około 1,5-2 barów. Zjechałem na tak niskim ciśnieniu (wzdłuż ogródków działkowych), aż do asfaltu. Po drodze tył tańczył okrutnie, nie było mowy o jakiejkolwiek przyczepności.
Wymieniłem kolejną dętkę. Tym razem na spokojnie, akurat obok płynął jakiś ściek/rzeczka/rów, więc umyłem koło, oponę i dętkę. Nabiłem do 3,5 bar.
W sumie około 15-20 minut w dupę, ci, których wyprzedziłem na zjazdach uciekli.
Na szczęście przy okazji naładował się glikogen ;), więc z nowym ładunkiem sił przystąpiłem do ścigania. Po 7 km wyprzedziłem wszystkich, którzy mi uciekli po gumie, a potem zabrałem się za pozostałych...
O dziwo szło mi dosyć dobrze. Noga podawała, żele działały.
Udało się dogonić gościa z DHL - goniłem go przynajmniej 5 km. Ciągle widziałem go na horyzoncie, ale nie mogłem dogonić. Jednak w końcu udało się. Później były kolejne cele - kolejni zawodnicy na horyzoncie...
Z ciewkawych zdarzeń - prawie rozjechałem fotografa (sportograf) na jednym z ostatnich zjazdów.
Postanowiłem sobie, że zjadę co się da, albo zaliczę glebę. W efekcie - zjechałem rzeczy, o które sam bym się nie podejrzewał :D Jednak najważniejsza jest psychika...

Pierwszy bufet darowałem sobie - nie było sensu, w bidonie 0,75 litra napoju, drugi - zapasowy - pełny.
Drugi bufet - około 1 minuty - mycie przerzutek, dwie garście rodzynek i kubek wody.
Trzeci bufet - około 2-3 minut - mycie przerzutek, rodzynki, ciastka, 2 kubki powerade i gutar.

Gdzieś na 45 km pojawiły się delikatne sygnały kurczy - wziąłem magnezlife i przeszło.

Wynik dosyć dobry, prawie udało mi się wyprzedzić Oskara - co byłoby nie lada wyczynem.

Czas wg organ: 5:20:14, wg licznika 4:54:48,
Dystans wg orga: 65 km, wg licznika 75 km.

Licznik ustawiony na oponę 2.1, a była 1.8 - więc dystans rzeczywisty 65 km - zgadza się idealnie.
Z licznika wyszło, że 30 minut przebimbałem, ale pojawiły się też wpisy o kadencji średniej, co raczej nie jest możliwe - nie mam czujnika. Widocznie wszechobecna woda zrobiła swoje - było jakieś zwarcie i źle policzyło.

Głuszyca

Wtorek, 3 sierpnia 2010 · Komentarze(2)
Udało się. Z wynikiem gorszy niż mizerny, ale udało się.

Początek dosyć fajnie wszedł, wystartowałem z samego tyłu i po wyprzedzeniu około 100 osób stwierdziłem, że "jestem u siebie". Tempo odpowiednie, znajome twarze, gdzieś mignął Wojo, a z przodu widziałem żółte koszulki SCS (przypuszczalnie Maciek i Lucyna).
Stwierdziłem, że nie będę szarżował i zostawię sobie siły na Wielką Sowę. Początkowe podjazdy brałem lekko, starałem się oszczędzać.
Pierwszy zjazd, trochę kamieni, ale ludzie z przodu blokują. Daję po klamkach, staram się jechać tak, aby nie zrobić krzywdy innym.
Nagle pod dupą robi się miękko - guma!
Bezczelnie podkradł się i ukąsił jednym zębem snake. Za niskie ciśnienie z tyłu (opona 1.8).
Na szczęście w zasięgu wzroku były dziewczyny z aparatami - udało się wynegocjować pompkę serwisową.
Szybka wymiana, pierd w tylną 4,5 bara, z przodu zostawiłem 3,5 bara.

Uciekła mi większość osób, które poprzednio wyprzedziłem... Niech to szlag.

Trochę zacząłem się spinać i w efekcie zaliczyłem glebę na długim, prostym i łatwym zjeździe z Ostoi. Przednie kółko zaliczyło uślizg, poleciałem na prawą stronę na "kamyczki". Na szczęście ręka powędrowała między kamienie i skończyło się tylko na lekkich zadrapaniach.

Na trawiastych ścieżkach przed Głuszycą chciałem trochę podciągnąć i stanąłem na pedałach. Nagle napęd zaczął odstawiać cyrki - biegi spadały, nie dało rady jechać szybciej niż 10-15 km/h. Okazało się, że jakimś cudem straciłem dwie śruby mocujące średnią tarczę do pałąka...
Do tego tylny hamulec zaczął piszczeć jak klakson tira.
Pożegnałem się z wyścigiem i stwierdziłem, że będzie pierwszy DNF w karierze.
Podjechałem na stadion i stwierdziłem, że zaczekam na Bena. Zostały mi wszystkie żele (zjadłem na 12 km tylko 1 maxima). Ben przyjechał, wziąłem kluczyk od samochodu, oddałem żele i udałem się na stadion.
Szukając piwnego źródła zauważyłem stoisko z częściami rowerowymi. Mieli te cholerne śrubki!
Kupiłem dwie w promocyjnej cenie 6 zł/sztuka, zamontowałem i przejechałem kawałek.
Działa!
Tak straciłem 20-30 minut...
Przerażała mnie wizja kiblowania 4-5h na stadionie. Postanowiłem podjechać kawałek trasą maratonu - w końcu miałem numer :D

Podjechałem 2-3km - i nagle zobaczyłem Bena, Krzysia i Jakuba walczącego z twardą drucianką ;) Mam takie w piwnicy - cholery twarde tak, że można palce połamać. Chłopaki nie wiedzieli jak założyć oponę używając plastikowych łyżek :D Pomogłem, wskoczyło.
Wizja nudy prześladowała dalej, więc wskoczyłem na rower i pojechałem dalej.
Na stanie miałem: 0 żeli, 0 magnezu, 0 gutaru, 1 litr wody, 0,5 litra powerade.

Zjechałem sobie pierwszy zjazd, drugi zjazd, dojechałem do bufetu, zatankowałem i podjąłem decyzję "Jeszcze kawałek" :D
Wiedziałem już, że nie odpuszczę - trasa miód, pogoda całkiem fajna i prawie pusta trasa (czasem przemykał ktoś z giga) - czyli to co lubię.

Dogoniłem parę osób, po drodze męczyły mnie kurcze (uda - za nisko siodełko, łydki - za niska kadencja), ale znalazła się miła dziewczyna ("Pierwszy raz u Golonki, tak to u Grabka"), która wspomogła jednym malutkim żelkiem Maxima...
Do Wielkiej Sowy dojechaliśmy/doszliśmy razem, a na szczycie usłyszałem "Jedź, ja gorzej zjeżdżam". Głupio mi było strasznie, ale trudno...

Zjazd z Wielkiej Sowy to coś co mogę jeździć codziennie - po prostu uwielbiam takie trasy. Korzenie, ubita ziemia, trochę kamieni. To jest to!

Później wymęczyłem Małą Sowę - tu też wszystko zjechane, dopiero wąska rynna spowodowała, że na chwilę pojechałem hulajnogą.

Zjazd do Rzeczki i szaleńcze hamowanie na grubym szutrze, żeby zmieścić się w zakręcie w prawo.

Przejechałem z 1 km i zaniepokoiłem się. Trasa niewyjeżdżona, zero śladów rowerów. Zawracam. Dojechałem do strzałki. Znajoma właśnie zjeżdża z góry, a pierdolona strzałka wskazuje "na wprost". 2 km poszły się jebać...

Bufet, szutry, a dziewczyna zaczyna finiszować. Ledwo co udało mi się nadążyć :D

Meta, godzina 18:55... Najwolniej przejechane 70 km w życiu...