Głuszyca
Wtorek, 3 sierpnia 2010
· Komentarze(2)
Udało się. Z wynikiem gorszy niż mizerny, ale udało się.
Początek dosyć fajnie wszedł, wystartowałem z samego tyłu i po wyprzedzeniu około 100 osób stwierdziłem, że "jestem u siebie". Tempo odpowiednie, znajome twarze, gdzieś mignął Wojo, a z przodu widziałem żółte koszulki SCS (przypuszczalnie Maciek i Lucyna).
Stwierdziłem, że nie będę szarżował i zostawię sobie siły na Wielką Sowę. Początkowe podjazdy brałem lekko, starałem się oszczędzać.
Pierwszy zjazd, trochę kamieni, ale ludzie z przodu blokują. Daję po klamkach, staram się jechać tak, aby nie zrobić krzywdy innym.
Nagle pod dupą robi się miękko - guma!
Bezczelnie podkradł się i ukąsił jednym zębem snake. Za niskie ciśnienie z tyłu (opona 1.8).
Na szczęście w zasięgu wzroku były dziewczyny z aparatami - udało się wynegocjować pompkę serwisową.
Szybka wymiana, pierd w tylną 4,5 bara, z przodu zostawiłem 3,5 bara.
Uciekła mi większość osób, które poprzednio wyprzedziłem... Niech to szlag.
Trochę zacząłem się spinać i w efekcie zaliczyłem glebę na długim, prostym i łatwym zjeździe z Ostoi. Przednie kółko zaliczyło uślizg, poleciałem na prawą stronę na "kamyczki". Na szczęście ręka powędrowała między kamienie i skończyło się tylko na lekkich zadrapaniach.
Na trawiastych ścieżkach przed Głuszycą chciałem trochę podciągnąć i stanąłem na pedałach. Nagle napęd zaczął odstawiać cyrki - biegi spadały, nie dało rady jechać szybciej niż 10-15 km/h. Okazało się, że jakimś cudem straciłem dwie śruby mocujące średnią tarczę do pałąka...
Do tego tylny hamulec zaczął piszczeć jak klakson tira.
Pożegnałem się z wyścigiem i stwierdziłem, że będzie pierwszy DNF w karierze.
Podjechałem na stadion i stwierdziłem, że zaczekam na Bena. Zostały mi wszystkie żele (zjadłem na 12 km tylko 1 maxima). Ben przyjechał, wziąłem kluczyk od samochodu, oddałem żele i udałem się na stadion.
Szukając piwnego źródła zauważyłem stoisko z częściami rowerowymi. Mieli te cholerne śrubki!
Kupiłem dwie w promocyjnej cenie 6 zł/sztuka, zamontowałem i przejechałem kawałek.
Działa!
Tak straciłem 20-30 minut...
Przerażała mnie wizja kiblowania 4-5h na stadionie. Postanowiłem podjechać kawałek trasą maratonu - w końcu miałem numer :D
Podjechałem 2-3km - i nagle zobaczyłem Bena, Krzysia i Jakuba walczącego z twardą drucianką ;) Mam takie w piwnicy - cholery twarde tak, że można palce połamać. Chłopaki nie wiedzieli jak założyć oponę używając plastikowych łyżek :D Pomogłem, wskoczyło.
Wizja nudy prześladowała dalej, więc wskoczyłem na rower i pojechałem dalej.
Na stanie miałem: 0 żeli, 0 magnezu, 0 gutaru, 1 litr wody, 0,5 litra powerade.
Zjechałem sobie pierwszy zjazd, drugi zjazd, dojechałem do bufetu, zatankowałem i podjąłem decyzję "Jeszcze kawałek" :D
Wiedziałem już, że nie odpuszczę - trasa miód, pogoda całkiem fajna i prawie pusta trasa (czasem przemykał ktoś z giga) - czyli to co lubię.
Dogoniłem parę osób, po drodze męczyły mnie kurcze (uda - za nisko siodełko, łydki - za niska kadencja), ale znalazła się miła dziewczyna ("Pierwszy raz u Golonki, tak to u Grabka"), która wspomogła jednym malutkim żelkiem Maxima...
Do Wielkiej Sowy dojechaliśmy/doszliśmy razem, a na szczycie usłyszałem "Jedź, ja gorzej zjeżdżam". Głupio mi było strasznie, ale trudno...
Zjazd z Wielkiej Sowy to coś co mogę jeździć codziennie - po prostu uwielbiam takie trasy. Korzenie, ubita ziemia, trochę kamieni. To jest to!
Później wymęczyłem Małą Sowę - tu też wszystko zjechane, dopiero wąska rynna spowodowała, że na chwilę pojechałem hulajnogą.
Zjazd do Rzeczki i szaleńcze hamowanie na grubym szutrze, żeby zmieścić się w zakręcie w prawo.
Przejechałem z 1 km i zaniepokoiłem się. Trasa niewyjeżdżona, zero śladów rowerów. Zawracam. Dojechałem do strzałki. Znajoma właśnie zjeżdża z góry, a pierdolona strzałka wskazuje "na wprost". 2 km poszły się jebać...
Bufet, szutry, a dziewczyna zaczyna finiszować. Ledwo co udało mi się nadążyć :D
Meta, godzina 18:55... Najwolniej przejechane 70 km w życiu...
Początek dosyć fajnie wszedł, wystartowałem z samego tyłu i po wyprzedzeniu około 100 osób stwierdziłem, że "jestem u siebie". Tempo odpowiednie, znajome twarze, gdzieś mignął Wojo, a z przodu widziałem żółte koszulki SCS (przypuszczalnie Maciek i Lucyna).
Stwierdziłem, że nie będę szarżował i zostawię sobie siły na Wielką Sowę. Początkowe podjazdy brałem lekko, starałem się oszczędzać.
Pierwszy zjazd, trochę kamieni, ale ludzie z przodu blokują. Daję po klamkach, staram się jechać tak, aby nie zrobić krzywdy innym.
Nagle pod dupą robi się miękko - guma!
Bezczelnie podkradł się i ukąsił jednym zębem snake. Za niskie ciśnienie z tyłu (opona 1.8).
Na szczęście w zasięgu wzroku były dziewczyny z aparatami - udało się wynegocjować pompkę serwisową.
Szybka wymiana, pierd w tylną 4,5 bara, z przodu zostawiłem 3,5 bara.
Uciekła mi większość osób, które poprzednio wyprzedziłem... Niech to szlag.
Trochę zacząłem się spinać i w efekcie zaliczyłem glebę na długim, prostym i łatwym zjeździe z Ostoi. Przednie kółko zaliczyło uślizg, poleciałem na prawą stronę na "kamyczki". Na szczęście ręka powędrowała między kamienie i skończyło się tylko na lekkich zadrapaniach.
Na trawiastych ścieżkach przed Głuszycą chciałem trochę podciągnąć i stanąłem na pedałach. Nagle napęd zaczął odstawiać cyrki - biegi spadały, nie dało rady jechać szybciej niż 10-15 km/h. Okazało się, że jakimś cudem straciłem dwie śruby mocujące średnią tarczę do pałąka...
Do tego tylny hamulec zaczął piszczeć jak klakson tira.
Pożegnałem się z wyścigiem i stwierdziłem, że będzie pierwszy DNF w karierze.
Podjechałem na stadion i stwierdziłem, że zaczekam na Bena. Zostały mi wszystkie żele (zjadłem na 12 km tylko 1 maxima). Ben przyjechał, wziąłem kluczyk od samochodu, oddałem żele i udałem się na stadion.
Szukając piwnego źródła zauważyłem stoisko z częściami rowerowymi. Mieli te cholerne śrubki!
Kupiłem dwie w promocyjnej cenie 6 zł/sztuka, zamontowałem i przejechałem kawałek.
Działa!
Tak straciłem 20-30 minut...
Przerażała mnie wizja kiblowania 4-5h na stadionie. Postanowiłem podjechać kawałek trasą maratonu - w końcu miałem numer :D
Podjechałem 2-3km - i nagle zobaczyłem Bena, Krzysia i Jakuba walczącego z twardą drucianką ;) Mam takie w piwnicy - cholery twarde tak, że można palce połamać. Chłopaki nie wiedzieli jak założyć oponę używając plastikowych łyżek :D Pomogłem, wskoczyło.
Wizja nudy prześladowała dalej, więc wskoczyłem na rower i pojechałem dalej.
Na stanie miałem: 0 żeli, 0 magnezu, 0 gutaru, 1 litr wody, 0,5 litra powerade.
Zjechałem sobie pierwszy zjazd, drugi zjazd, dojechałem do bufetu, zatankowałem i podjąłem decyzję "Jeszcze kawałek" :D
Wiedziałem już, że nie odpuszczę - trasa miód, pogoda całkiem fajna i prawie pusta trasa (czasem przemykał ktoś z giga) - czyli to co lubię.
Dogoniłem parę osób, po drodze męczyły mnie kurcze (uda - za nisko siodełko, łydki - za niska kadencja), ale znalazła się miła dziewczyna ("Pierwszy raz u Golonki, tak to u Grabka"), która wspomogła jednym malutkim żelkiem Maxima...
Do Wielkiej Sowy dojechaliśmy/doszliśmy razem, a na szczycie usłyszałem "Jedź, ja gorzej zjeżdżam". Głupio mi było strasznie, ale trudno...
Zjazd z Wielkiej Sowy to coś co mogę jeździć codziennie - po prostu uwielbiam takie trasy. Korzenie, ubita ziemia, trochę kamieni. To jest to!
Później wymęczyłem Małą Sowę - tu też wszystko zjechane, dopiero wąska rynna spowodowała, że na chwilę pojechałem hulajnogą.
Zjazd do Rzeczki i szaleńcze hamowanie na grubym szutrze, żeby zmieścić się w zakręcie w prawo.
Przejechałem z 1 km i zaniepokoiłem się. Trasa niewyjeżdżona, zero śladów rowerów. Zawracam. Dojechałem do strzałki. Znajoma właśnie zjeżdża z góry, a pierdolona strzałka wskazuje "na wprost". 2 km poszły się jebać...
Bufet, szutry, a dziewczyna zaczyna finiszować. Ledwo co udało mi się nadążyć :D
Meta, godzina 18:55... Najwolniej przejechane 70 km w życiu...

