Kraków

Niedziela, 29 sierpnia 2010 · Komentarze(0)
Kategoria Wyścig
MTB Marathon Kraków 2010...
Nastawiłem się mentalnie na dosyć łatwy przejazd, prawie treningowy - coś w stylu "szybkie Lędziny + hałda".

Pogoda zmieniła jednak oblicze wyścigu diametralnie.
Lało już dzień wcześniej, a w dniu wyścigu od samego rana - z krótkimi przerwami.
Podczas rozmów ze Śledziem zastanawialiśmy się nad doborem ogumienia - sugerowałem slicki (mam Maxxis Oriflame), albo "solidny protektor" (Specialized Storm 2bliss) - w zależności od pogody.
W piątek o 16 szybko zmieniałem na Spece...
Śledź postawił wszystko na jedną kartę i wybrał slicki - co pozwoliło mi na, chyba jedyne w tym roku, wyprzedzenie Śledzia na trasie - z czego jestem niesamowicie dumny :D
Co prawda udało mi się utrzymać prowadzenie tylko przez chwilę, ale jednak.

Wyścig dosyć łatwy technicznie, podstawową trudność sprawiała pogoda i ogromne ilości błota. Zjazdy praktycznie wszystkie zjechałem (oprócz jednego czy dwóch w lesie, po ściółce, spod której wystawała glina - strasznie ślisko, dookoła pnie drzew). Podjazdy zdarzało się wprowadzać - głównie z powodu braku formy/siły, ale trafiały się podjazdy, gdzie kółko kręciło się w miejscu i nie dało się jechać.

Po drodze zdarzyły się 2 gumy.
Pierwsza na jednym z pierwszych poważnych zjazdów. Dałem czadu, puściłem klamki i pędząc złapałem podstępnego snakebita na dętce downhillowej - 600g, gruba ścianka, 4,5 bar (wyprzedziłem na samym zjeździe około 10-12 osób).
Byłem tak wściekły, że zakładając nową dętkę (standard, 250g) nie napompowałem odpowiednio (wbiłem tylko 2,5 - 3 bar).
W efekcie po 300-400 metrach kolejny snake, ciśnienie spadło do około 1,5-2 barów. Zjechałem na tak niskim ciśnieniu (wzdłuż ogródków działkowych), aż do asfaltu. Po drodze tył tańczył okrutnie, nie było mowy o jakiejkolwiek przyczepności.
Wymieniłem kolejną dętkę. Tym razem na spokojnie, akurat obok płynął jakiś ściek/rzeczka/rów, więc umyłem koło, oponę i dętkę. Nabiłem do 3,5 bar.
W sumie około 15-20 minut w dupę, ci, których wyprzedziłem na zjazdach uciekli.
Na szczęście przy okazji naładował się glikogen ;), więc z nowym ładunkiem sił przystąpiłem do ścigania. Po 7 km wyprzedziłem wszystkich, którzy mi uciekli po gumie, a potem zabrałem się za pozostałych...
O dziwo szło mi dosyć dobrze. Noga podawała, żele działały.
Udało się dogonić gościa z DHL - goniłem go przynajmniej 5 km. Ciągle widziałem go na horyzoncie, ale nie mogłem dogonić. Jednak w końcu udało się. Później były kolejne cele - kolejni zawodnicy na horyzoncie...
Z ciewkawych zdarzeń - prawie rozjechałem fotografa (sportograf) na jednym z ostatnich zjazdów.
Postanowiłem sobie, że zjadę co się da, albo zaliczę glebę. W efekcie - zjechałem rzeczy, o które sam bym się nie podejrzewał :D Jednak najważniejsza jest psychika...

Pierwszy bufet darowałem sobie - nie było sensu, w bidonie 0,75 litra napoju, drugi - zapasowy - pełny.
Drugi bufet - około 1 minuty - mycie przerzutek, dwie garście rodzynek i kubek wody.
Trzeci bufet - około 2-3 minut - mycie przerzutek, rodzynki, ciastka, 2 kubki powerade i gutar.

Gdzieś na 45 km pojawiły się delikatne sygnały kurczy - wziąłem magnezlife i przeszło.

Wynik dosyć dobry, prawie udało mi się wyprzedzić Oskara - co byłoby nie lada wyczynem.

Czas wg organ: 5:20:14, wg licznika 4:54:48,
Dystans wg orga: 65 km, wg licznika 75 km.

Licznik ustawiony na oponę 2.1, a była 1.8 - więc dystans rzeczywisty 65 km - zgadza się idealnie.
Z licznika wyszło, że 30 minut przebimbałem, ale pojawiły się też wpisy o kadencji średniej, co raczej nie jest możliwe - nie mam czujnika. Widocznie wszechobecna woda zrobiła swoje - było jakieś zwarcie i źle policzyło.

Komentarze (0)

Nie ma jeszcze komentarzy.
Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa encic

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]