Po parku. Mokro, ślisko, błotniście. Z tyłu opona prawie łysa, więc zabawy było masę. Całe 45 minut na 100%, potem rozjazd.
W BikeBoardzie wyczytałem, że w celu zrzucenia masy trzeba wchodzić na jak najwyższe HR - co też robiłem.
Odchudzanie przynosi już efekty. Po świętach mam już wagę "przedświąteczną" - czyli 105kg. Jeśli pójdzie tak dalej, to do lutego powinno być około 95-98kg.
Sprzęt dobrze, momentami średnio. Zabrudzone przerzutki dawały znać o sobie. W zasadzie cała trasa w siodle, z buta tylko jedno podejście (głębokie, śliskie błoto, kółko kręciło się w miejscu).
Zjeżdżanie po śniegu ze stromych górek to super zabawa - udało mi się dziś ukręcić 44 km/h ;)
S-ec -> Raciborska -> Muchowiec -> Hałda -> Muchowiec -> Dom. Coś koło 2h jazdy, średnio 20 km/h.
Widoczki ładne, las jesienią robi wrażenie. Wydolnościowo całkiem nieźle, ale bez szaleństw. I tak jest o wiele lepiej niż na początku sezonu ;) Rower się spisuje. Na zjeździe z hałdy (ten z tyłu) zorientowałem się, że nie mam za bardzo czym hamować z tyłu (efekt nadużycia wd40 na łańcuch) - było szybciej i szybciej... Na szczęście zjazd się skończył i można było jechać dalej.
Niedzielna wyprawa ze szwagrem i jego kolegą. Pobudka o 3:50, pociąg z Katowic o 5:00. Wyruszyliśmy z Węgierskiej Górki w kierunku Magurek (m.in. Radziechowska). Początkowe podjazdy przy 0 stC, potem robiło się zimniej. Na Magurce Radziechowskiej wygwizdowo: -4 stC. Trasa sucha, ziemia zamarznięta. Aż do Skrzycznego tempo ostre, trochę z zimna, trochę z ambicji (HRavg w okolicach 155). Zjazdy z Magurek z buta, było ciężko i niebezpiecznie:
Pod górę pięły się wycieczki piesze "starsza, miłe Pani pozna Pana". Panie co prawda chętnie schodziły z trasy, ale powoli. Nie obyło się bez wykładu o szkodliwości jazdy rowerem ("plecy was nie bolą? Na starość zobaczycie..."). Na szczytach bardzo obfita szadź: Na Skrzycznym piwo grzane, chwila lenistwa i dalej w dół niebieskim szlakiem. Nie dane było zjechać do końca. Szwagrowi zatarł się amortyzator i nie było sensu męczyć go po kamieniach. Zjechaliśmy drogą szutrową do Lipiec i dalej do PKP Żywiec. Zjazd szybki, zakręty ostre, trochę niebezpiecznie, wszystko "na granicy rozsądku".
Wyniki z pulsometru wcięło, dane ze SportChallenge.
Forma kiepska, infekcje dały znać o sobie, a pomimo tego o 30 minut lepszy czas niż w zeszłym roku. W sumie to wszyscy lepiej pojechali, więc nie wiem czy był postęp.
Trasa jak zwykle super, udało się zjechać o wiele więcej niż w zeszłym roku (m.in. cały zjazd na początku z końcówką przez strumień), z podjazdami też było lepiej.
Około 33-35 km nastąpiło totalne odcięcie. W pewnym momencie zauważyłem, że w ogóle nie kontroluję tego co robię. Przez chwilę podprowadzałem rower i nagle zorientowałem się, że jadę, pomimo tego, że planowałem podejść do końca...
Jakoś dowlokłem się do mety. Kilka kilometrów przed metą dołączył miejscowy dzieciak na marketowym fullu. Zjechał całą końcówkę, a ja tylko zastanawiałem się jak nie zaliczyć gleby próbując go naśladować. Ostatni zjazd z buta :(, a młody pokazał klasę...
Ostatni bufet fajny, ale za zimno. Neon o sugestywnym kształcie pokazywał 9-10 st C.
Po długich namysłach i kwękaniach, czy warto i czy na pewno chcę się w to pchać, nabyłem w końcu komplet kół Mavic Crosstrail CL (takich jak te http://www.ceneo.pl/2258436 ) w cenie 1350 zł. Żeby nie robić wiochy dokupiłem nową kasetę i łańcuch - stare już dogorywają. Poskąpiłem na tarczach - stwierdziłem, że stare są fajne i po prostu je przełożę.
Zadowolony przyszedłem do domu, zabrałem się za demontażu przedniego kółka. Pierwszy zonk - do tarczy CL jest założony jakiś adapter (mam piasty Novatec). Podziałałem impulsem siły, i jeszcze raz i jeszcze raz, w końcu gówno wypadło. Założyłem na nowe kółko, przymierzyłem czy pasuje z hamulcami - leżało idealnie.
Zabieram się za zakręcanie - drugi zonk. Nakrętki są mniejsze niż gniazda w kółkach (piasty Mavic). No żesz kurwa mać!
Podsumowując: Mam nowe kółka. Stoją w szafie. Stare kółka "wygrzewają się" po staremu na rowerze, a z nosa leci jakieś zielone gówno. Wrrrrr!!!
Tegoroczny wyścig w Krakowie, pomimo problemów i nastawienia, mogę zaliczyć do udanych. Rano, po przebudzeniu się, pierwszą myślą było "Nie chce mi się". Dojechaliśmy z żoną na 8 rano i poszliśmy trochę pozwiedzać. Na rynku kawa i rogal z czekoladą (chyba błąd, później trochę muliło). Z Lucyną i Maćkiem wymyśliliśmy, żeby stanąć na początku sektora, tak, aby jak najszybciej dojechać do pierwszego podjazdu (w zeszłym roku straciłem tam co najmniej 10-15 minut na stanie w korkach). Ludzi dużo. Tuż przed startem okazało się, że jesteśmy mniej więcej w połowie stawki. Start bardzo ostry, nie tylko nam zależało na urwaniu się do przodu. Dla mnie za ostry. Już przed zjazdem z trawy na Błoniach organizm krzyczał "Wolniej!" (palenie ud, zadyszka). Krzyk na ile się dało olałem, tam też HRmax. W zasadzie pierwsze 10-20 minut wyścigu to gonitwa w okolicach 170 HR (aż do podjazdu). Po drodze musiałem zwolnić - ktoś przewrócił się na asfalcie (chłopak i dziewczyna). Podjazd z buta. I tak się trochę przykorkowało - na szczęście niezbyt mocno. Zjazd szutrowy, bardzo szybko, kilka osób wyprzedziłem ("Prawa wolna!"). Dalej niewiele pamiętam, bufety olałem. W pewnym momencie zobaczyłem CzarnąMambę, jak robi coś przy rowerze. Sądziłem, że problemy z łańcuchem, więc zatrzymałem się i próbowałem pomóc. Okazało się, że dętka, a Mamba świetnie sobie sama poradzi. Straciłem 20-30 miejsc, ale nie było żal. Na drugim bufecie trochę zmyliłem trasę, pojechałem 20-30m w stronę trasy giga, na szczęście zaniepokoiła mnie czerwona strzałka... Po drodze jakieś zejścia i podejścia (nie dało rady jechać) dosyć błotniste. Wąwóz Kochanowski z buta, kusiło, żeby zjechać, ale rozsądek zwyciężył. Przed końcowymi zjazdami dogonił mnie ktoś z giga. Podpiąłem się i dałem ogień na zjazdach. Piękny flow. Lubię tak jeździć. Do końca zjazdu udało się dotrzymywać koła, ale na równym już sił brakło. Dowlokłem się do mety, karcher, makaron. Małżonka zabrała mnie jeszcze na pizzę i do domu ;)
Dane za zeszły tydzień, do wpisania później Dojazdy do pracy i z pracy, kilka akcentów terenowych, ale bez szaleństw. Ogólnie tydzień wypoczynkowy przed wyścigiem, sprawdzanie sprzętu, regeneracja po zeszłotygodniowych obciążeniach. 62 km 3:14 40 km/h 248 mnpm 113 avg 163 max 1300 kcal
Waga 110 kg mówi sama za siebie.
Forma słaba, w porywach kiepska, sytuację ratują codzienne dojazdy do pracy. Niedostatki formy próbuję nadrabiać lepszym przygotowaniem technicznym do trudnych zjazdów.
Jeżdżę w barwach SCS OSOZ Racing Team.