Z domu, przez Park Tysiąclecia w S-cu Milowicach, hałdą po kop. Saturn, do Czeladzi, tam małe zagubienie (szukałem drogi na Dorotkę), z powrotem z małym kluczeniem w okolicach hałdy, dokręcanie w Parku Tysiąclecia po singlach.
Dobre przygotowanie żywieniowe to podstawa. W niedzielę impreza u znajomej "babci" - miodówka w ilościach "nie pij tyle". W poniedziałek wesele kuzynki żony - wódka i wino w ilościach "chyba już masz dosyć", do tego szaleństwa na parkiecie. Dziś poprawiny - tu już kulturka i tylko wino. Po powrocie do domu (po 17-tej) zmęczona żona poszła spać, a mnie się zachciało jeździć. Była moc. Po 25 minutach jazdy wylądowałem na końcu ulicy Legionów w Czeladzi. Chciałem pojechać na Dorotkę, ale rozsądek zwyciężył i szybko wróciłem na swoje śmieci. Po wczorajszej burzy niektóre zjazdy stały się całkiem "ciekawe".
Jeden zapadł mi w pamięć. Na końcu trasy z hopkami w Parku Tysiąclecia w S-cu Milowicach jest kawałeczek (10 metrów) średnio stromego (20-25%) zjazdu po piachu wymieszanym z kamieniami i gałęziami. Zjeżdża się to dosyć szybko(15-20km/h), na końcu jest stromy (ok 1m) podjazd na singiel (w poprzek starej trasy kolejowej). Dziś zjazd zmienił się z płaskiego w wymytą rynnę z kilkoma dropami po 20-30 cm. Na szczęście amor wszystko ładnie wybrał :)
Końcówka prawie po ciemku. Singiel po grobli w poprzek Hubertusa (gruby szuter, kawałkami na krawędzi) w zasadzie bez widoczności - coś tam się majaczyło, ale widziałem jedynie ogólny kierunek. Amor po raz kolejny ratował dupsko. Kilka mniej przyjemnych momentów, ale radocha z jazdy ogromna.
Po totalny zabłoceniu przerzutki trochę szwankują - krzyczą o czyszczenie.
W piątek po jeżdżeniu wymieniłem support. Stary RaceFace dożył swoich dni. Dosyć duże luzy zaczęły już przeszkadzać w jeździe i wpływać na pracę kolan.
W przyszłym tygodniu do kupienia nowe gumy na Kraków i następne wyścigi. Waham się pomiędzy NN2.1 i SpecStorm2.1. Pewnie skończy się na RocketRonach drucianych "na trochę" i większej inwestycji przed Międzygórzem.
Wyścig ciężki, dodatkowo pokonywany podczas choroby i na solidnym kacu. Początek wyścigu to bardzo spokojna jazda w tlenie i olewanie innych, wyprzedzających. Jazda pierwsza od wtorku, nie wiedziałem jak organizm zachowa się podczas wysiłku w czasie choroby (katar, syf spływający z zatok, 37stC). Alkohol przepalił się po około 30-40 minutach. Niestety pojawiła się też poalkoholowa deprecha - czyli "ten zjazd wolę zejść" oraz "może jednak się wycofać". Na szczęście przeszło pod koniec małej pętli.
Dużą pętlę przejeżdżałem jadąc już trochę szybciej - ale bez szaleństw. Tętno z poprzedniego 130-140 wzrosło na 140-160. Gdzieś tam na podjeździe (próbowałem pod nadajnik) musiałem mocniej przycisnąć, bo max wyszedł w okolicach 180. W oddali mignęły mi żółte koszulki OSOZ - to Maciek i Lucyna. Dogoniłem ich na przejeździe po drewnianym mostku. Chyba im podniosłem adrenalinę bo zaczęli uciekać ;)
Przez bufet przeleciałem bez zatrzymywania - Pszczółki zostały z tyłu. Lucyna jednak przycisnęła i po 10-20 minutach zostałem wyprzedzony. Dogoniłem ich znów na zjeździe "singlem" (na końcu agrafka i wykop). Jeden z moich ulubionych zjazdów - w zeszłym roku przestraszyłem tam Grześka, który później mówił "Słyszę z tyłu straszny hałas, myślałem, że to ktoś z giga mnie goni, a to Rafał". W tym roku podobnie - ale tym razem padło na Maćka. Trochę go pogoniłem tłumacząc, że za wolno jedzie na zjeździe, przez co ten staje się trudniejszy.
Niestety zaczął się podjazd. Małżonkowie dosyć szybko zniknęli z pola widzenia. Ja powoli piąłem się w górę. Wyprzedził mnie Krzysiek i Artur. Dawali dobre tempo - szkoda, że jechali osobno. Może wspierając się razem byliby w stanie więcej osiągnąć?
Na Wielką Sowę jakoś się dostałem, trochę jadąc, trochę idąc. Podjazd nie dla mnie. Strasznie nierówny, wybijający z rytmu.
Na początku zjazdu z Wielkiej Sowy wyprzedził mnie Śledź. Pojechał korzeniami i to był jego błąd. Pociągnąłem po kamieniach i udało mi się go wyprzedzić na dole. To jeden z niewielu sukcesów podczas tego wyścigu...
Zjazd z Małej Sowy tradycyjnie zszedłem. Próbowałem trochę jechać, ale jak dla mnie zbyt trudny zjazd. Szkoda zdrowia.
Od tego momentu zaczęła się walka o waty/kalorie. Skończyły się żele i batony, magnez wciągnąłem wcześniej, został gutar i tableta. Kofeiny nie chciałem brać ze względu na chorobę i podwyższone ciśnienie.
Tak jak podczas całego wyścigu nie zatrzymywałem się na bufetach - tak ostatni przywitałem jak zbawienie. Picie skończyło mi się jakieś 5-10 km wcześniej i zaczęło suszyć... Później statecznie do mety. Ostatni zjazd pokonałem bezpieczną metodą "na hulajnogę" - okazało się później, że innych ten zjazd pokonał. Dojechałem spokojnie do mety.
Na samej mecie spotkałem Krzysia i Marcina. Okazało się, że na wspomnianym zjeździe Marcin zaliczył glebę i złamał nos. Z tego co mówił Krzyś, to Marcin stracił naprawdę dużo krwi (tak na oko powyżej pół litra). Zapakowaliśmy Marcina do samochodu GOPR i zjechaliśmy do stadionu. Zabrakło regenera - nie przygotowałem sobie, to nie miałem.
Na stadionie makaron - żadne cuda, ale pulsometr pokazał ponad 6000 kcal - należało uzupełnić.
Podobnie jak wczoraj, ale krócej - bo później - od 20:30 do 21:30. Trochę więcej błota wokół stawów i w parku. Końcówka (10km) na asfalcie koło stadionu.
Obiad, piwko i wyjazd po 19:30. Najpierw standardy - podjazd killer (po piwie źle z równowagą, zrzuca mnie z roweru, muszę podejść końcówkę) i szutry w parku Tysiąclecia w Sosnowcu Milowicach. Później wokół stawów (Hubertus - Sosnowiec Południowy - Katowice Szopienice). Tempo równe, tętno cały czas w okolicach 150-170. Na singlu wzdłuż torów rozsiedli się panowie z piwkiem i wędkami - nie chciałem im przeszkadzać, więc przeniosłem się pod Stadion Ludowy. Kilka kółek 2,5km - 1km ostra tempówka (tam HR max), króciutki zjazd 30% (10m)1km rozjazd, podjazd 3m 30% (skarpa), zjazd 30%, 3m jak najwolniej z kontrolą trakcji i ćwiczeniem równowagi, dalej 100-200m jedną nogą - na zmianę. Później długi (5km) rozjazd i do domu tapetować ubikację ;)
Rower sprawuje się świetnie. Dopompowany amortyzator jest jednak lepszy (mam 150 psi, miałem 70). Przerzutki po wymianie na SLX działają o wiele lepiej. Zrezygnowałem z torby pod ramą, została zastąpiona podsiodłową. Przednie koło i amor trzeba oddać do serwisu - wymiana łożysk i wymiana oleju.
Żona poleciała na fitness, to się udało urwać ;) Przeczekałem burzę, wyszedłem tuż po deszczu.
Póki jeszcze widno - po lasku - ubity szuter, trochę ubitej ziemi, kilka podjazdów "30%/70m". Później dookoła stawów. Pod koniec, w oczekiwaniu na telefon od małżonki, po asfalcie w okolicach stadionu Ludowego.
Niby 1100 m przewyższenia, a jechało się jak Murowaną Goślinę. Szerokie szutry, bardzo dużo blatu i średniej tarczy, cały czas ogień. Trasa nudna, praktycznie cały czas w lesie. Ostatni odcinek, szumnie nazwany "pętlą XC z mistrzostw Polski" przejechałem prawie go nie zauważając ;) Bufety również niezauważone - zanim skończyło się picie wjechałem na metę.
Po maratonie czuję się nieswojo. Z jednej strony trochę głupio - ani jednej gleby, czysty rower, zero problemów na trasie (gumy itp). Z drugie strony zmęczony - mięśnie bolą bardziej niż po niejednym maratonie u Golonki.
Waga 110 kg mówi sama za siebie.
Forma słaba, w porywach kiepska, sytuację ratują codzienne dojazdy do pracy. Niedostatki formy próbuję nadrabiać lepszym przygotowaniem technicznym do trudnych zjazdów.
Jeżdżę w barwach SCS OSOZ Racing Team.