2011 Głuszyca
Niedziela, 31 lipca 2011
· Komentarze(0)
Kategoria Wyścig
Wyścig ciężki, dodatkowo pokonywany podczas choroby i na solidnym kacu.
Początek wyścigu to bardzo spokojna jazda w tlenie i olewanie innych, wyprzedzających. Jazda pierwsza od wtorku, nie wiedziałem jak organizm zachowa się podczas wysiłku w czasie choroby (katar, syf spływający z zatok, 37stC).
Alkohol przepalił się po około 30-40 minutach.
Niestety pojawiła się też poalkoholowa deprecha - czyli "ten zjazd wolę zejść" oraz "może jednak się wycofać". Na szczęście przeszło pod koniec małej pętli.
Dużą pętlę przejeżdżałem jadąc już trochę szybciej - ale bez szaleństw. Tętno z poprzedniego 130-140 wzrosło na 140-160. Gdzieś tam na podjeździe (próbowałem pod nadajnik) musiałem mocniej przycisnąć, bo max wyszedł w okolicach 180.
W oddali mignęły mi żółte koszulki OSOZ - to Maciek i Lucyna.
Dogoniłem ich na przejeździe po drewnianym mostku.
Chyba im podniosłem adrenalinę bo zaczęli uciekać ;)
Przez bufet przeleciałem bez zatrzymywania - Pszczółki zostały z tyłu.
Lucyna jednak przycisnęła i po 10-20 minutach zostałem wyprzedzony.
Dogoniłem ich znów na zjeździe "singlem" (na końcu agrafka i wykop).
Jeden z moich ulubionych zjazdów - w zeszłym roku przestraszyłem tam Grześka, który później mówił "Słyszę z tyłu straszny hałas, myślałem, że to ktoś z giga mnie goni, a to Rafał". W tym roku podobnie - ale tym razem padło na Maćka.
Trochę go pogoniłem tłumacząc, że za wolno jedzie na zjeździe, przez co ten staje się trudniejszy.
Niestety zaczął się podjazd. Małżonkowie dosyć szybko zniknęli z pola widzenia. Ja powoli piąłem się w górę. Wyprzedził mnie Krzysiek i Artur. Dawali dobre tempo - szkoda, że jechali osobno. Może wspierając się razem byliby w stanie więcej osiągnąć?
Na Wielką Sowę jakoś się dostałem, trochę jadąc, trochę idąc. Podjazd nie dla mnie. Strasznie nierówny, wybijający z rytmu.
Na początku zjazdu z Wielkiej Sowy wyprzedził mnie Śledź. Pojechał korzeniami i to był jego błąd. Pociągnąłem po kamieniach i udało mi się go wyprzedzić na dole. To jeden z niewielu sukcesów podczas tego wyścigu...
Zjazd z Małej Sowy tradycyjnie zszedłem. Próbowałem trochę jechać, ale jak dla mnie zbyt trudny zjazd. Szkoda zdrowia.
Od tego momentu zaczęła się walka o waty/kalorie. Skończyły się żele i batony, magnez wciągnąłem wcześniej, został gutar i tableta.
Kofeiny nie chciałem brać ze względu na chorobę i podwyższone ciśnienie.
Tak jak podczas całego wyścigu nie zatrzymywałem się na bufetach - tak ostatni przywitałem jak zbawienie. Picie skończyło mi się jakieś 5-10 km wcześniej i zaczęło suszyć...
Później statecznie do mety.
Ostatni zjazd pokonałem bezpieczną metodą "na hulajnogę" - okazało się później, że innych ten zjazd pokonał.
Dojechałem spokojnie do mety.
Na samej mecie spotkałem Krzysia i Marcina.
Okazało się, że na wspomnianym zjeździe Marcin zaliczył glebę i złamał nos.
Z tego co mówił Krzyś, to Marcin stracił naprawdę dużo krwi (tak na oko powyżej pół litra).
Zapakowaliśmy Marcina do samochodu GOPR i zjechaliśmy do stadionu.
Zabrakło regenera - nie przygotowałem sobie, to nie miałem.
Na stadionie makaron - żadne cuda, ale pulsometr pokazał ponad 6000 kcal - należało uzupełnić.
Początek wyścigu to bardzo spokojna jazda w tlenie i olewanie innych, wyprzedzających. Jazda pierwsza od wtorku, nie wiedziałem jak organizm zachowa się podczas wysiłku w czasie choroby (katar, syf spływający z zatok, 37stC).
Alkohol przepalił się po około 30-40 minutach.
Niestety pojawiła się też poalkoholowa deprecha - czyli "ten zjazd wolę zejść" oraz "może jednak się wycofać". Na szczęście przeszło pod koniec małej pętli.
Dużą pętlę przejeżdżałem jadąc już trochę szybciej - ale bez szaleństw. Tętno z poprzedniego 130-140 wzrosło na 140-160. Gdzieś tam na podjeździe (próbowałem pod nadajnik) musiałem mocniej przycisnąć, bo max wyszedł w okolicach 180.
W oddali mignęły mi żółte koszulki OSOZ - to Maciek i Lucyna.
Dogoniłem ich na przejeździe po drewnianym mostku.
Chyba im podniosłem adrenalinę bo zaczęli uciekać ;)
Przez bufet przeleciałem bez zatrzymywania - Pszczółki zostały z tyłu.
Lucyna jednak przycisnęła i po 10-20 minutach zostałem wyprzedzony.
Dogoniłem ich znów na zjeździe "singlem" (na końcu agrafka i wykop).
Jeden z moich ulubionych zjazdów - w zeszłym roku przestraszyłem tam Grześka, który później mówił "Słyszę z tyłu straszny hałas, myślałem, że to ktoś z giga mnie goni, a to Rafał". W tym roku podobnie - ale tym razem padło na Maćka.
Trochę go pogoniłem tłumacząc, że za wolno jedzie na zjeździe, przez co ten staje się trudniejszy.
Niestety zaczął się podjazd. Małżonkowie dosyć szybko zniknęli z pola widzenia. Ja powoli piąłem się w górę. Wyprzedził mnie Krzysiek i Artur. Dawali dobre tempo - szkoda, że jechali osobno. Może wspierając się razem byliby w stanie więcej osiągnąć?
Na Wielką Sowę jakoś się dostałem, trochę jadąc, trochę idąc. Podjazd nie dla mnie. Strasznie nierówny, wybijający z rytmu.
Na początku zjazdu z Wielkiej Sowy wyprzedził mnie Śledź. Pojechał korzeniami i to był jego błąd. Pociągnąłem po kamieniach i udało mi się go wyprzedzić na dole. To jeden z niewielu sukcesów podczas tego wyścigu...
Zjazd z Małej Sowy tradycyjnie zszedłem. Próbowałem trochę jechać, ale jak dla mnie zbyt trudny zjazd. Szkoda zdrowia.
Od tego momentu zaczęła się walka o waty/kalorie. Skończyły się żele i batony, magnez wciągnąłem wcześniej, został gutar i tableta.
Kofeiny nie chciałem brać ze względu na chorobę i podwyższone ciśnienie.
Tak jak podczas całego wyścigu nie zatrzymywałem się na bufetach - tak ostatni przywitałem jak zbawienie. Picie skończyło mi się jakieś 5-10 km wcześniej i zaczęło suszyć...
Później statecznie do mety.
Ostatni zjazd pokonałem bezpieczną metodą "na hulajnogę" - okazało się później, że innych ten zjazd pokonał.
Dojechałem spokojnie do mety.
Na samej mecie spotkałem Krzysia i Marcina.
Okazało się, że na wspomnianym zjeździe Marcin zaliczył glebę i złamał nos.
Z tego co mówił Krzyś, to Marcin stracił naprawdę dużo krwi (tak na oko powyżej pół litra).
Zapakowaliśmy Marcina do samochodu GOPR i zjechaliśmy do stadionu.
Zabrakło regenera - nie przygotowałem sobie, to nie miałem.
Na stadionie makaron - żadne cuda, ale pulsometr pokazał ponad 6000 kcal - należało uzupełnić.

