Wieczór
Czwartek, 2 czerwca 2011
· Komentarze(0)
Kategoria Trening
Godzinne pitu-pitu po obiedzie po znajomych okolicach.
Trochę odmiany - na zazwyczaj suchych ścieżkach pojawiło się błoto (czarnoziem, piach) i kałuże.
Noga nie podawała, nie potrafiłem się wbić powyżej 140-145HR. Próbowałem na stojąco - nogi odmawiały posłuszeństwa. Z niższą kadencją - odzywały się kolana. Ogólnie chujnia z grzybnią.
Na szczęście patent z podjazdem-killerem nie zawiódł - dobiłem do 179.
Akurat trafił się inny rowerzysta próbujący podjeżdżać - odpadł w połowie ;)
Zadowolony z siebie kręciłem dalej, ale na jakimś kamieniu rower podskoczył, a łańcuch spadł. Dobiegłem do szczytu - żeby tylko tętno nie spadło...
Krótki zjazd "kamienno-piaskowy" zmienił się trochę. Środkiem wymyło trochę, pojawiły się gałęzie i zrobił się znany "przerzutko-łamacz". Zrobiłem 2 czy 3 pętle, zjechałem "na downhilowo" bez zbędnego hamowania.
Po 50 minutach kierunek na dom...
Trochę odmiany - na zazwyczaj suchych ścieżkach pojawiło się błoto (czarnoziem, piach) i kałuże.
Noga nie podawała, nie potrafiłem się wbić powyżej 140-145HR. Próbowałem na stojąco - nogi odmawiały posłuszeństwa. Z niższą kadencją - odzywały się kolana. Ogólnie chujnia z grzybnią.
Na szczęście patent z podjazdem-killerem nie zawiódł - dobiłem do 179.
Akurat trafił się inny rowerzysta próbujący podjeżdżać - odpadł w połowie ;)
Zadowolony z siebie kręciłem dalej, ale na jakimś kamieniu rower podskoczył, a łańcuch spadł. Dobiegłem do szczytu - żeby tylko tętno nie spadło...
Krótki zjazd "kamienno-piaskowy" zmienił się trochę. Środkiem wymyło trochę, pojawiły się gałęzie i zrobił się znany "przerzutko-łamacz". Zrobiłem 2 czy 3 pętle, zjechałem "na downhilowo" bez zbędnego hamowania.
Po 50 minutach kierunek na dom...

