Murowana Goślina MTB Marathon

Niedziela, 10 kwietnia 2011 · Komentarze(1)
Kategoria Wyścig
Avg speed: 20.84
Avg cad: 70
Czas na mecie: 03:23:00
328/496 open, 114/170 kategoria M3.

W porównaniu do poprzedniego sezonu (Dolsk 2010: 528/559 open, 163/172 kategoria) jest o wiele lepiej. Sprzęt prawie nie nawalał, kurczy nie było.

Początek wyścigu zadziwił mnie samego. Zazwyczaj jeżdżę z tętnem w okolicach 150-160, a przez pierwsze 10 km wyścigu tętno nie spadało poniżej 170. Trochę mnie to niepokoiło, ale nie czułem się źle, noga podawała, nie brakowało tchu.
Co prawda robiłem za "jednoosobowy sapiący pociąg", ale tlenu wystarczało, mięśnie nawet przez chwilę nie paliły. Hiperwentylacja to jest to ;)
W pewnym momencie poczułem, że zaczynam odpływać - czyli skończyło się porządne paliwo, zaczęło się "LPG" - trochę odpuściłem, poczekałem aż tętno spadnie do 155-160. Udało się utrzymać dosyć wysoką prędkość, która pozwoliła wyprzedzać kolejnych uczestników wyścigu.

W okolicach 15 km dogoniłem Oskara (pierwszy sukces), a za chwilę Olka (drugi sukces, którego nawet się nie spodziewałem). Noga podawała, jechałem swoje.
Doganiałem kolejne "pociągi", stwierdzałem, że zbyt wolno jadą i wyprzedzałem.

Pierwszy bufet pominąłem - żele były, izotonik był.
Zatrzymałem się na drugim bufecie. To był błąd. Niczego mi nie brakowało, a wyprzedził mnie Olek. Pogoniłem trochę za nim, ale uciekł mi na podjazdach.

Pierwszy podjazd na Dziewiczą udało się wjechać bez większych problemów, natomiast na drugim był kryzys. Najpierw musiałem się zatrzymać, bo brakło tlenu - dosłownie spadłem z roweru. Wjechałem może połowę podjazdu i poczułem, że słabnę. Złapałem oddech. Wyprzedziło mnie kilka (kilkanaście) osób - jedna z dziewczyn krzyknęła "Śląsk się nie poddaje". Zadziałało jak płachta na byka. Ambicja zrobiła swoje. Zebrałem się w sobie i pociągnąłem dalej.
Niestety na kolejnym podjeździe na Dziewiczą pomyliłem przerzutki i wrzuciłem na największą z tyłu, w momencie kiedy miałem średnią z przodu - skończyło się wciągnięciem łańcucha i 2-3 minuty straty. Znów złapałem trochę oddechu.
W sumie - 6-7 minut strat z powodu słabości i sprzętu.

Zjazd z Dziewiczej pominę milczeniem. Pipa. I tyle. Schodziłem.

Przed kuwetą błąd taktyczny - pojechałem w lewo. Widziałem kątem oka, że laskiem wyprzedza mnie spora grupa (tak na oko 10 osób). Wziąłem rower na plecy i przeleciałem do lasku.
W tym momencie nastąpił ostry finisz - udało mi się wyprzedzić przed metą co najmniej 4 osoby z tej grupy.

Później był gulasz, regener i prawdziwy killer tego dnia - dojazd na nocleg. 7 km pod wiatr.

Wyścig super, pogoda idealna. Oby tak dalej.

Komentarze (1)

Nie ma jeszcze komentarzy.
Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa atmie

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]