Do pracy w tempie ślimaczym, tętno 120 - 130, przez ul. Korczaka. Z pracy przez Boh. Monte Cassino, mini zjazd, Techników, Roździeńskiego, Borki, odbicie na Park Tysiąclecia w Milowicach, przejazd 200m po starej trasie kolejowej (wytrząsło porządnie, ale ten element też trzeba ćwiczyć - sterowanie na luźnych kamieniach), później podjazd killer - dziś już bardziej łaskawy - na szczycie "tylko" 165 HR. Ulubiona ścieżka "przełajowa" tonie w błocie - zazwyczaj twarda i ubita ziemia, dziś była nasiąknięta i zasysała oponę do 4-6 cm wgłąb.
Opony: CST i Minion - czyli oponki do DH używane do treningu - takie sobie sterowanie, duże opory toczenia i całkiem niezła przyczepność "na wprost".
Chyba źle przykręciłem przednią przerzutkę - wydaje mi się, że "patrzy" nieco w lewo - trzeba skorygować.
Coraz bardziej wkurza mnie skrzypienie sztycy - trzeba posmarować i porządnie zacisnąć. Udało się dobrać w miarę dobrą wysokość i kąt nachylenia. Po godzinie jazdy plecy nie bolą, nogi nie dokuczają - czyli tak jak powinno być. Trzeba jeszcze z tymi ustawieniami pojeździć trochę "na zapiek" - wtedy okaże się, czy faktycznie jest dobrze.
Nie wiem, czy to możliwe, ale nie obserwuję już zeszłorocznej blokady psychicznej przed zjazdami. Mam nadzieję, że syndrom "przecież dam radę" nie minie i ciągle będę się cieszył swobodnym spadaniem po zboczu jak dziecko ;)
Najpierw w ramach rozgrzewki przejazd dookoła stawu Hubertus, kawałkami pełny freeride (trochę zabłądziłem ;) ), trafiły się też fragmenty typu piaskownica. Następnie przejazd na drugą stronę ulicy Sobieskiego na tereny dawnej kopalni Milowice (lasy, ścieżki z hopkami). Przy okazji (niejako z biegu) udało się podjechać pod górkę-killera (jakieś 100m długości, około 30% nachylenia, wąsko, ale prosto). Przełożenie 22 : 32, na dole tętno 150, na górze 181. W zeszłym roku nie udało mi się jej podjechać ani razu. Spodobało mi się, zrobiłem pętlę wokół lasku i podjechałem jeszcze raz :D Podejrzewam, że pomogli "widzowie" stojący na szczycie górki (obok leżały rowery). Nie ma to jak motywacja. Później już długi rozjazd, kilka krótkich (5-15m) bardzo technicznych zjazdów. W "międzyczasie" regulowałem ustawienia wysokości siodełka - starałem się podnosić wysokość aż do uzyskania "optimum maratonu płaskiego" i jednocześnie sprawdzałem jak się zjeżdża. Niestety optimum nie zostało osiągnięte (zostało około 5-10 mm), a o mały włos zaliczyłbym OTB (nurkowanie do przodu, ześlizg z korzenia, kółko spadło o 20-30 cm, amor wbił się na maksa i poczułem chwilę "nieważkości").
Zastanawiam się nad zakupem KindShocka (nomen omen - logo prawie takie, jak naszego sponsora :D) - tańsza wersja Joplina.
Zmieniłem opony z Maxxis Oriflame (ślizgały się na błocie) na CST "no name" z grubym bieżnikiem z przodu i Maxxis Minion z tyłu. Obydwie zjechane po 2-3 latach użytkowania, momentami pływały. W zeszłym sezonie spodobały mi się Specialized Storm - i takie mam zamiar nabyć w najbliższym czasie.
Krótki przejazd po trasie dom->park->las Milowicki->park->dom. Sprzęt po zimowym remoncie sprawuje się nawet dobrze.
Udało się własnymi siłami rozebrać na części pierwsze i złożyć rower do działania. :) Pojawiły się nowe części: -korba Deore 2010 FC M590 44-32-22 -kaseta SLX 9 rz. -łańcuch Ultegra XT 114 ogniw -kable przerzutki XTR szare.
Rama została odmalowana w miejscach odprysków. Cały "tył" pokrył się błyszczącym jednolitym czarnym sprayem.
MTB Marathon Kraków 2010... Nastawiłem się mentalnie na dosyć łatwy przejazd, prawie treningowy - coś w stylu "szybkie Lędziny + hałda".
Pogoda zmieniła jednak oblicze wyścigu diametralnie. Lało już dzień wcześniej, a w dniu wyścigu od samego rana - z krótkimi przerwami. Podczas rozmów ze Śledziem zastanawialiśmy się nad doborem ogumienia - sugerowałem slicki (mam Maxxis Oriflame), albo "solidny protektor" (Specialized Storm 2bliss) - w zależności od pogody. W piątek o 16 szybko zmieniałem na Spece... Śledź postawił wszystko na jedną kartę i wybrał slicki - co pozwoliło mi na, chyba jedyne w tym roku, wyprzedzenie Śledzia na trasie - z czego jestem niesamowicie dumny :D Co prawda udało mi się utrzymać prowadzenie tylko przez chwilę, ale jednak.
Wyścig dosyć łatwy technicznie, podstawową trudność sprawiała pogoda i ogromne ilości błota. Zjazdy praktycznie wszystkie zjechałem (oprócz jednego czy dwóch w lesie, po ściółce, spod której wystawała glina - strasznie ślisko, dookoła pnie drzew). Podjazdy zdarzało się wprowadzać - głównie z powodu braku formy/siły, ale trafiały się podjazdy, gdzie kółko kręciło się w miejscu i nie dało się jechać.
Po drodze zdarzyły się 2 gumy. Pierwsza na jednym z pierwszych poważnych zjazdów. Dałem czadu, puściłem klamki i pędząc złapałem podstępnego snakebita na dętce downhillowej - 600g, gruba ścianka, 4,5 bar (wyprzedziłem na samym zjeździe około 10-12 osób). Byłem tak wściekły, że zakładając nową dętkę (standard, 250g) nie napompowałem odpowiednio (wbiłem tylko 2,5 - 3 bar). W efekcie po 300-400 metrach kolejny snake, ciśnienie spadło do około 1,5-2 barów. Zjechałem na tak niskim ciśnieniu (wzdłuż ogródków działkowych), aż do asfaltu. Po drodze tył tańczył okrutnie, nie było mowy o jakiejkolwiek przyczepności. Wymieniłem kolejną dętkę. Tym razem na spokojnie, akurat obok płynął jakiś ściek/rzeczka/rów, więc umyłem koło, oponę i dętkę. Nabiłem do 3,5 bar. W sumie około 15-20 minut w dupę, ci, których wyprzedziłem na zjazdach uciekli. Na szczęście przy okazji naładował się glikogen ;), więc z nowym ładunkiem sił przystąpiłem do ścigania. Po 7 km wyprzedziłem wszystkich, którzy mi uciekli po gumie, a potem zabrałem się za pozostałych... O dziwo szło mi dosyć dobrze. Noga podawała, żele działały. Udało się dogonić gościa z DHL - goniłem go przynajmniej 5 km. Ciągle widziałem go na horyzoncie, ale nie mogłem dogonić. Jednak w końcu udało się. Później były kolejne cele - kolejni zawodnicy na horyzoncie... Z ciewkawych zdarzeń - prawie rozjechałem fotografa (sportograf) na jednym z ostatnich zjazdów. Postanowiłem sobie, że zjadę co się da, albo zaliczę glebę. W efekcie - zjechałem rzeczy, o które sam bym się nie podejrzewał :D Jednak najważniejsza jest psychika...
Pierwszy bufet darowałem sobie - nie było sensu, w bidonie 0,75 litra napoju, drugi - zapasowy - pełny. Drugi bufet - około 1 minuty - mycie przerzutek, dwie garście rodzynek i kubek wody. Trzeci bufet - około 2-3 minut - mycie przerzutek, rodzynki, ciastka, 2 kubki powerade i gutar.
Gdzieś na 45 km pojawiły się delikatne sygnały kurczy - wziąłem magnezlife i przeszło.
Wynik dosyć dobry, prawie udało mi się wyprzedzić Oskara - co byłoby nie lada wyczynem.
Czas wg organ: 5:20:14, wg licznika 4:54:48, Dystans wg orga: 65 km, wg licznika 75 km.
Licznik ustawiony na oponę 2.1, a była 1.8 - więc dystans rzeczywisty 65 km - zgadza się idealnie. Z licznika wyszło, że 30 minut przebimbałem, ale pojawiły się też wpisy o kadencji średniej, co raczej nie jest możliwe - nie mam czujnika. Widocznie wszechobecna woda zrobiła swoje - było jakieś zwarcie i źle policzyło.
Udało się. Z wynikiem gorszy niż mizerny, ale udało się.
Początek dosyć fajnie wszedł, wystartowałem z samego tyłu i po wyprzedzeniu około 100 osób stwierdziłem, że "jestem u siebie". Tempo odpowiednie, znajome twarze, gdzieś mignął Wojo, a z przodu widziałem żółte koszulki SCS (przypuszczalnie Maciek i Lucyna). Stwierdziłem, że nie będę szarżował i zostawię sobie siły na Wielką Sowę. Początkowe podjazdy brałem lekko, starałem się oszczędzać. Pierwszy zjazd, trochę kamieni, ale ludzie z przodu blokują. Daję po klamkach, staram się jechać tak, aby nie zrobić krzywdy innym. Nagle pod dupą robi się miękko - guma! Bezczelnie podkradł się i ukąsił jednym zębem snake. Za niskie ciśnienie z tyłu (opona 1.8). Na szczęście w zasięgu wzroku były dziewczyny z aparatami - udało się wynegocjować pompkę serwisową. Szybka wymiana, pierd w tylną 4,5 bara, z przodu zostawiłem 3,5 bara.
Uciekła mi większość osób, które poprzednio wyprzedziłem... Niech to szlag.
Trochę zacząłem się spinać i w efekcie zaliczyłem glebę na długim, prostym i łatwym zjeździe z Ostoi. Przednie kółko zaliczyło uślizg, poleciałem na prawą stronę na "kamyczki". Na szczęście ręka powędrowała między kamienie i skończyło się tylko na lekkich zadrapaniach.
Na trawiastych ścieżkach przed Głuszycą chciałem trochę podciągnąć i stanąłem na pedałach. Nagle napęd zaczął odstawiać cyrki - biegi spadały, nie dało rady jechać szybciej niż 10-15 km/h. Okazało się, że jakimś cudem straciłem dwie śruby mocujące średnią tarczę do pałąka... Do tego tylny hamulec zaczął piszczeć jak klakson tira. Pożegnałem się z wyścigiem i stwierdziłem, że będzie pierwszy DNF w karierze. Podjechałem na stadion i stwierdziłem, że zaczekam na Bena. Zostały mi wszystkie żele (zjadłem na 12 km tylko 1 maxima). Ben przyjechał, wziąłem kluczyk od samochodu, oddałem żele i udałem się na stadion. Szukając piwnego źródła zauważyłem stoisko z częściami rowerowymi. Mieli te cholerne śrubki! Kupiłem dwie w promocyjnej cenie 6 zł/sztuka, zamontowałem i przejechałem kawałek. Działa! Tak straciłem 20-30 minut... Przerażała mnie wizja kiblowania 4-5h na stadionie. Postanowiłem podjechać kawałek trasą maratonu - w końcu miałem numer :D
Podjechałem 2-3km - i nagle zobaczyłem Bena, Krzysia i Jakuba walczącego z twardą drucianką ;) Mam takie w piwnicy - cholery twarde tak, że można palce połamać. Chłopaki nie wiedzieli jak założyć oponę używając plastikowych łyżek :D Pomogłem, wskoczyło. Wizja nudy prześladowała dalej, więc wskoczyłem na rower i pojechałem dalej. Na stanie miałem: 0 żeli, 0 magnezu, 0 gutaru, 1 litr wody, 0,5 litra powerade.
Zjechałem sobie pierwszy zjazd, drugi zjazd, dojechałem do bufetu, zatankowałem i podjąłem decyzję "Jeszcze kawałek" :D Wiedziałem już, że nie odpuszczę - trasa miód, pogoda całkiem fajna i prawie pusta trasa (czasem przemykał ktoś z giga) - czyli to co lubię.
Dogoniłem parę osób, po drodze męczyły mnie kurcze (uda - za nisko siodełko, łydki - za niska kadencja), ale znalazła się miła dziewczyna ("Pierwszy raz u Golonki, tak to u Grabka"), która wspomogła jednym malutkim żelkiem Maxima... Do Wielkiej Sowy dojechaliśmy/doszliśmy razem, a na szczycie usłyszałem "Jedź, ja gorzej zjeżdżam". Głupio mi było strasznie, ale trudno...
Zjazd z Wielkiej Sowy to coś co mogę jeździć codziennie - po prostu uwielbiam takie trasy. Korzenie, ubita ziemia, trochę kamieni. To jest to!
Później wymęczyłem Małą Sowę - tu też wszystko zjechane, dopiero wąska rynna spowodowała, że na chwilę pojechałem hulajnogą.
Zjazd do Rzeczki i szaleńcze hamowanie na grubym szutrze, żeby zmieścić się w zakręcie w prawo.
Przejechałem z 1 km i zaniepokoiłem się. Trasa niewyjeżdżona, zero śladów rowerów. Zawracam. Dojechałem do strzałki. Znajoma właśnie zjeżdża z góry, a pierdolona strzałka wskazuje "na wprost". 2 km poszły się jebać...
Bufet, szutry, a dziewczyna zaczyna finiszować. Ledwo co udało mi się nadążyć :D
Meta, godzina 18:55... Najwolniej przejechane 70 km w życiu...
Z pracy, przez park milowicki (kilka ciekawych błotnistych kawałków po burzy) i osiedle milowickie (krótki, z dużą ilością poprzecznych korzeni, stromy podjazd). Później szybki zjazd szutrem (wąsko, między drzewami, bardzo wymyta ścieżka) i dojazd do domu.
Dosyć szybki przejazd do Lędzin, dojechałem do końca Zamkowej i stwierdziłem, że dalej nie ma sensu.
Droga powrotna... Tuż po przejechaniu asfaltem nad autostradą stwierdziłem, że można by się zatrzymać. W momencie, gdy zacząłem hamować, poczułem, że przednia opona mięknie. Zdjąłem oponę, usunąłem przyczynę (mikroskopijny kawałek szkła), założyłem nową dętkę, pompuję i nic... pompuję i nic... Tuż przy wentylu mikroskopijna dziurka - musiała powstać podczas przechowywania dętki w szafce (maxxis ultralight luzem). Wyjąłem dętkę i stwierdziłem, że można jechać z samą oponą.
Z miłej przejażdżki po szutrze zrobił się epicki przejazd pt. "Jak długo utrzymam kierownicę". Po 2 km włożyłem obydwie dętki (z jednej wyciąłem wentyl). Komfort jazdy nieco wzrósł.
Kolejne 27 km przejechałem z kapciem na przednim kole. Opory znacząco wzrosły... Dało się jechać max 20-25 km/h. Na zjazdach momentami 30 km/h. Czułem się jak podczas pierwszego podjazdu w Szczawnicy.
Zamiast treningu po płaskim zrobił się symulowany "leśny podjazd" o długości 30 km.
Waga 110 kg mówi sama za siebie.
Forma słaba, w porywach kiepska, sytuację ratują codzienne dojazdy do pracy. Niedostatki formy próbuję nadrabiać lepszym przygotowaniem technicznym do trudnych zjazdów.
Jeżdżę w barwach SCS OSOZ Racing Team.